Archiwum dla Wrzesień, 2009

9. Rozładowujący Apollo

Posted in Pamiętnik on 30 września 2009 by Karolina

Odezwał się… Wczoraj wieczorem, gdzieś około wpół do dziesiątej dostałam SMS-a o nieco lakonicznej treści:

„Będę w Infinity o 23 Artur z Body building”. Hmm… Artur, a więc tak ma na imię. Pasuje do niego, takie męskie. Infinity? Co to jest? Poszukałam w internecie. Dwa ze wskazań, to zakłady pogrzebowe, trzeci to klub. Dwie pierwsze możliwości na wszelki wypadek od razu odrzuciłam i postawiłam na trzecią.

Zadzwoniłam do Baśki i cudem namówiłam ją na wyjście tłumacząc, że sytuacja jest podbramkowa. Zjawiła się wściekła po godzinie i oznajmiła, że robi to tylko dla mnie, bo ten lokal,  to z pewnością jakaś speluna. Nie pomyliła się niestety. Od wejścia dudniła muzyka, w środku pełno dymu i dziwne towarzystwo. Baśka zdecydowała się zaryzykować i pójść do toalety, a ja poszłam się rozejrzeć. Nie musiałam szukać długo. Prawie zawyłam kiedy go zobaczyłam. Stał przy drzwiach, oparty o ścianę. Ubrany był w białą koszulę, która podkreślała jego opaleniznę i świetny tors oraz w obcisłe na udach dżinsach. Zauważył mnie.

– O! Siemasz. Chodźmy zatańczyć- powiedział.

Silnym ramieniem zagarnął mnie na parkiet i tak przycisnął, że… prawie zemdlałam. To było niesamowite. Przez moje ciało przelała się fala pożądania i wiedziałam, że nie chce tam być ani chwili dłużej.

– Chodźmy do mnie- powiedziałam i wyciągnęłam go za rękę z dyskoteki.

Wsiedliśmy do taksówki. W środku atmosfera zrobiła się tak gęsta, że stężenie feromonów groziło eksplozją. Trzęsącą ręką napisałam Baśce SMSa:„Jedź do domu. Wszystko jest ok. Jutro Ci wytłumaczę.”

Wiedziałam, że mnie zabije, ale wolałam, żeby to była ona, niż co innego. Usiadłam na dłoniach, żeby nie posunąć się za daleko i w ciszy i napięciu przeczekałam trasę do domu. Na szczęście Artur, pochylony w stronę kierowcy, analizował postępy naszych siatkarek na Mistrzostwach Europy. Zdawałam sobie sprawę, że specjalnie mnie ignoruje. Jego cel był oczywisty – chciał mnie maksymalnie zmiękczyć i najgorsze jest to, że udawało mu się to osiągnąć bez wysiłku.

Z taksówki wysiedliśmy prawie w biegu dopadając do drzwi klatki. Artur niecierpliwie włożył mi ręce pod bluzkę i zaczął całować. Niefortunnie z resztą opierając mnie o domofon tak, że wcisnęły się wszystkie przyciski. W pośpiechu dotarliśmy na drugie piętro, już na wpół rozebrani. Reszty ubrań pozbyliśmy się w przedpokoju, a potem prawie z drzwiami wpadliśmy do łazienki. Reszty nie będę pisać, aż mi żal…. Mogę powiedzieć tyle, zrobił to naprawdę dokładnie.

Zrobił to dokładnie

Zrobił to dokładnie

 

Obudziłam się rano, w chwili gdy zamykały się drzwi. Otworzyłam oczy, spróbowałam się obrócić i zrozumiałam… Nic tak nie uruchamia wszystkich partii mięśni jak solidne bzykanie. Przymknęłam jeszcze na moment powieki uświadamiając sobie, że tak naprawdę, to ja nic o tym facecie nie wiem. Oprócz tego, że ma na imię Artur i chyba pracuje gdzieś w logistyce, bo coś mi świtało, że jak wstawał, rzucił, że leci, bo mają duży transport. Trochę mało przyznam, ale wtedy pomyślałam, że i tak było warto, i to jak cholera warto.

W końcu wstałam. Pozbierałam porozrzucane części garderoby i rozejrzałam się po mieszkaniu szacując straty. W łazience przywitała mnie oberwana umywalka, zbite lustro i dusząca woń dwóch flakonów pobitych perfum. Szkoda, ale przecież warto było jak cholera.

Kiedy spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, a raczej w tym, co po lustrze pozostało, moją uwagę zwróciły też dwie męskie dłonie odciśnięte do tej pory na pośladkach i solidna malinka na szyi, którą trzeba było zamaskować apaszką.

Ogarnęłam się pobieżnie i wyleciałam w pośpiechu. Uznałam, że porządkowaniem mieszkania zajmę się jak wrócę. Zbiegłam do samochodu zbierając po drodze dwie poduszki ze stanika typu push up na półpiętrze i cztery guziki na parterze.

Wsiadłam do auta. Gdzieś na wysokości Hożej odezwał się telefon.

– Cześć lalka, tu Artur. Jestem już po robocie. Narobiłem się, rozładowaliśmy całego TIR-a z naczepą. Wczoraj było ekstra, jak chcesz to wdepnę jeszcze na wieczór. – usłyszałam w słuchawce.

Lalka?! TIR-a?! Wdepnę?!!! Co to jest?! Po paru sekundach wiedziałam, że nie chce już nic więcej. Zastosowałam więc starą indiańską metodę kończenia rozmów telefonicznych. Udając, że rwie się połączenie zasymulowałam słabnący sygnał.

– Kssz, kszsz! Sorr… gubi…zasię… wjeżdż… w tune….  – wyjąkałam do słuchawki i po chwili dodałam. – Chyba… tra..ę… sy… ał!

Całe szczęście, że pozbawiona napięć kobieta zaczyna myśleć racjonalnie. Boże, co za kompromitacja! Przyznam jednak, że przypominając sobie w pracy upojną noc, rozważałam przez chwilkę różne możliwości, które pozwoliłyby na nie pozbywanie się tej góry mięśni z zasięgu wzroku, bez konieczności słuchania go. Wymyśliłam na przykład, że mogłabym utrzymywać odpowiedni poziom decybeli, który by go zwyczajnie zagłuszał. Planowałam też możliwość zakupu stoperów woskowych w aptece. Potem jednak wmówiłam sobie, że to nie on był taki dobry, tylko ja taka niezaspokojona.

Wezwałam na popołudnie hydraulika do umywalki. Nie chciałam drugi raz kusić losu w razie gdyby hydraulik okazał się tak przystojny jak ten z reklamy w internecie. Zadzwoniłam więc do sąsiada z dołu, który ma do mnie klucze, by go wpuścił, a sama poszłam pochodzić po sklepach. Bałam się, że moje libido znowu przysłoni mi oczy.

Prawdziwa rozkosz

Prawdziwa rozkosz

Reklamy

8. Poranek Apolla

Posted in Pamiętnik on 29 września 2009 by Karolina

Kto by przypuszczał, że moje zacięcie sportowe znajdzie taki finał. Oczywiście Baśka, zgodnie z moimi przewidywaniami, nie odpuściła dzisiejszego treningu. Zakupiła nowy strój i koniecznie musiała go wypróbować.

Poszłyśmy więc na tę durną siłownię z samego rana, jeszcze przed pracą. Przezornie postanowiłam się oszczędzać. Zajęłam sobie rowerek z najwygodniejszym siodełkiem i w żółwim tempie pedałowałam podziwiając widoki. Tak się szczęśliwie złożyło, że w sali obok, swoje muskuły, prężąc się i wyginając, trenowali panowie. Mój wzrok przyciągnął zwłaszcza jeden…

Zawsze miałam słabość do twardzieli, a ten był prawdziwym ciasteczkiem. Dawno nie widziałam tak perfekcyjnie wyrzeźbionego torsu. Idealne proporcje, niczym Apollo, ale nie ukrywam, że ze znacznie większym przyrodzeniem, czego nie mogłam nie zauważyć. Siedział taki boski, w ręku trzymał hantle i wyciskał. Gdy je unosił, na czoło występował mu pot, lekko zaciskał wtedy zęby, a jego dolna szczęka zarysowywała się jeszcze mocniej. Uświadomiłam sobie, że muszę patrzeć się na niego dość nachalnie, ale szybko przestałam się tym przejmować, kiedy zauważyłam, że wszystkie ćwiczące kobiety robią to samo. Przesiedziałyśmy na tych rowerach ponad godzinę, bo on ćwiczył i ćwiczył i ćwiczył…

Wreszcie kiedy skończył, ledwo doczłapałam do szatni po tym minimalnym, ale i tak wykraczającym poza moje możliwości wysiłku. Podziwiałam Baśkę, która jak gdyby nigdy nic szybko się ubrała i poleciała, bo zaraz miała zjeść śniadanie z klientem. Mi się nie śpieszyło, a raczej zupełnie brakowało mi energii. Wzięłam prysznic, ułożyłam włosy i poprawiłam makijaż.

Kiedy wyszłam do hallu nagle znowu Go zobaczyłam. Stał przed budynkiem z nogą na śmietniku oświetlony promieniami porannego słońca. Dopiero w świetle dnia można było zauważyć jaką ma piękną, naturalną opaleniznę. Oczyma wyobraźni zobaczyłam go żeglującego jachtem gdzieś po Morzu Śródziemnym, z nogą opartego o burtę i silną ręką na sterze. Z rozwianą grzywą, gdyby ją miał oczywiście, bo nosił krótko przycięte włosy. Aż jęknęłam z zachwytu, a przez moje ciało przeleciał mi dreszcz, tak dawno tego nie czułam, od policzków, po karku, wzdłuż kręgosłupa. Czyste, pierwotne, zwierzęce pożądanie. Ciekawe, że człowiekowi udało się uśpić tyle instynktów, a tego jednego nie. Prawie dzika żądza popchnęła mnie do działania.

Szybko przeszukałam plecak, wyrzucając zawartość na ławkę w przebieralni w nadziei, że znajdę coś do pisania. Jaki los bywa złośliwy. Po wszystkich moich torbach wala się zawsze po kilka długopisów, ale oczywiście nie po plecaku! Jednak kobieta pozbawiona torebki jest jak ryba wyciągnięta z wody. Już nigdy, przenigdy nie wyjdę z domu bez torebki. To będzie moje noworoczne postanowienie!

Zdeterminowana jak nigdy dotąd, zdecydowałam się zagadnąć kobiety obok, czy nie mają długopisu. Jednak już w momencie zadawania tego pytania, obserwując ich wyraz twarzy, zaczęłam się zastanawiać, nie czy go mają, ale czy kiedykolwiek w ogóle go widziały. Wiedziałam, że solarium może być powodem raka skóry, nie miałam jednak pojęcia, że promieniowanie UV resetuje również obwody w mózgu, kolejna cenna obserwacja. Potrząsnęły głowami, co mogło oznaczać zarówno przeczenie, jak i wytrząsanie wody z uszu. Tyle warta jest ta solidarność jajników!

Wyszło na to, czego najbardziej się obawiałam, że jedynym, co mogło posłużyć do zapisania numeru telefonu jest konturówka Lancoma zakupiona wczoraj w Sephorze.  Co prawda w promocji, ale i tak za nieprzyzwoitą cenę. Otworzyłam ją prawie ze złami w oczach, ale  natychmiast pojawił się jednak następny problem. Na  czym to zapisać? Błyskawicznie zidentyfikowałam dwie opcje, obie niestety jednakowoż kompromitujące – opakowanie po tamponach i pudełko po pigułkach antykoncepcyjnych. Rozejrzałam się więc nerwowo po pomieszczeniu i mój wzrok padł, na zwykle znienawidzone, ulotki. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam sens ich istnienia. Wypisałam szybko telefon i wyszłam pewnym krokiem. Stanęłam tuż przed nim patrząc mu prosto w oczy. Z bliska był po prostu megasexi. Z trudem powstrzymałam się by nie wcisnąć mu tej kartki za spodnie od dresu.

– Gdybyś miał ochotę, zadzwoń. – powiedziałam podając  mu ulotkę z telefonem.

Dokładnie w momencie, kiedy planowałam się odwrócić, przypomniałam sobie o moich oklapłych pośladkach, które pomimo starań, nie wróciły jeszcze do formy. Wycofałam się więc tyłem, włażąc przy okazji na dystrybutor z wodą. Na szczęście nie zauważył tego, zajęty czytaniem ulotki, którą mu wręczyłam.

Teraz mogę już tylko czekać…

Klapnięte pośladki

Klapnięte pośladki

7. Klapnięte pośladki

Posted in Pamiętnik on 28 września 2009 by Karolina

Poniedziałkowy ranek był przełomem, kolejnym zresztą. Budząc się z trudem rozkleiłam oczy. Potwierdziło się to, co od dawna wiedziałam – kac po winie, niezależnie od tego, czy jest to produkt ekskluzywny, czy pośredniej jakości, jest taki sam.

Całą  niedzielę nie opuszczała mnie myśl, że z mężczyznami jest coraz gorzej. Moi dwaj faworyci z listy okazali się pomyłkami, a przecież powinni być najlepsi. Tyle się mówi o kobiecej intuicji, ale ja chyba jestem jej pozbawiona. Przykra konkluzja, jak na początek tygodnia.

Na szczęście moje spotkania były tak poumawiane, że bez problemu mogłam przyjść do pracy dopiero koło południa. Miałam więc sporo czasu, aby doprowadzić się jakoś do ładu. W łazience w lustrze przywitało mnie niezbyt świeże odbicie, z resztkami źle zmytego wczoraj makijażu. Poddając ciało pobieżnym oględzinom, doszłam do jeszcze jednego wniosku. Dopada mnie starość. W półzgięciu tyłem zlustrowałam pośladki i nie spodobało mi się to, co zobaczyłam. Nie było najgorzej, ale to zdecydowanie nie to samo, co przed dziesięciu laty. Wtedy to moja pupa przypominała jędrne, soczyste, okrągłe jabłuszko. Niestety z czasem grawitacja obchodzi się z nami okrutnie.

Dla osiągnięcia lepszej perspektywy, chcąc mieć jasny ogląd sytuacji, wzięłam drugie lustro, by móc obserwować odbicie z pierwszego. Pomysłowy sposób podpatrzony u fryzjera… Niestety, dokładniejszy widok nie poprawił mi humoru. Nie dało się ukryć – tyłek mi wisiał, a jak nie wisiał, to przynajmniej opadł. Tak na oko o jakieś dwa milimetry. Koszmar, ale w sumie, co się dziwić. Od dłuższego czasu jedyną formą mojej aktywności fizycznej są ćwiczenia izometryczne. Wykonuję je najczęściej na biurowym fotelu w pracy, przez napinanie mięśni pośladków. Dobry sposób, żeby się czymś zająć, gdy ma się do czynienia z jakimś nudnym kontrahentem. Napinam sobie i puszczam, napinam i puszczam, i tak w seriach po 20 powtórzeń. Właściwie uczciwiej byłoby przyznać, że nawet tę aktywność ograniczyłam ostatnio tylko do trenowania mięśni Kegla. Ćwiczenia mięśni pochwy mają podobno zapewniać wyjątkowe doznania seksualne, więc chociażby z tego względu, lenistwo nie zwyciężyło. Mam nadzieję, że kiedyś spotkam mężczyznę, przy którym przekonam się, że warto było to ćwiczyć.

Stałam sobie w tej łazience i do głowy przyszła mi jeszcze jedna rzecz. Ciekawe, czy samicom nietoperzy pośladki obwisają do góry? Raczej nigdy tego nie sprawdzę, ale to i tak dość zajmujące. Muszę sprawdzić na googlach i jeżeli potwierdziłoby się moje przypuszczenie to jestem gotowa spać głową w dół. Być może przy okazji i biust trochę się podniesie?

Najpierw jednak postanowiłam zapisać się na jakiś fitness, albo basen…. Chociaż basen raczej odpada, bo od dziecka nie znoszę tych czepków kąpielowych, w których wygląda się jak zmokła kura, a dodatkowo kompletnie rujnują fryzurę. Ale taka siłownia…. Gdybym kupiła karnet na cały miesiąc, może udałoby mi się zmobilizować. Postanowiłam zacząć od zaraz. Poszłam za ciosem i w pracy bez problemu namówiłam Baśkę na wspólne podnoszenie pośladków. Okazało się, że ma podobny problem, z tym, że jej opadły aż o 3 milimetry, co przyjęłam z niekłamaną satysfakcją.

Po dzisiejszym treningu zrewidowałam moje poglądy na temat powiedzenia, że sport to zdrowie! To absurd! Doszłam do wniosku, że sport jest zdrowy, pod warunkiem, że ogląda się go w telewizji. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego mężczyźni wolą oglądać piłkę nożną, niż w nią grać. Mojemu mężowi nigdy nie zabronię oglądać Eurosportu, byleby tylko siedział w domu, zamiast ryzykować zakwasy, która nie pozwolą mu na solidne zaspokajanie żony. Jedynym miejscem, gdzie będzie mógł do woli ćwiczyć to będzie nasza sypialnia.

Siedzę teraz w fotelu w bezruchu, bo bolą mnie nawet mięśnie, z których istnienia nie do końca zdawałam sobie sprawę. Aż się boję pomyśleć co by było, gdybyśmy z Baśką ćwiczyły przez całą godzinę! Szczęśliwie opamiętałyśmy się w porę. Mniej więcej w połowie czasu, kiedy instruktorka musiała wyjść, zestawiłyśmy sobie ławeczki do podnoszenia ciężarów. Bacha zorganizowała kawę z automatu, a ja Delicje szampańskie o smaku toffi. Poplotkowałyśmy trochę o Jankowskiej z kadr. Wredny babsztyl. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie stała przy wejściu do biura, ilekroć spóźniałam się do pracy. Policzki się jej zapadały, oczy zaczynały błyszczeć, a dłonie zapewne pocić z radości. Jej powitanie przypominało wtedy syk jadowitej żmii, chociaż Baśka twierdzi, że to raczej odgłos jaki wydaje stare próchno. No i teraz ta Jankowska unieszczęśliwia jakiegoś bogu ducha winnego faceta. Podobno jakiś jej wielbiciel, przyjeżdża po nią do pracy nowym Lexusem. Pomyślałby kto, że taka jędza potrafi się tak kamuflować przed mężczyznami…

Wracając jednak do potreningowych refleksji, to zaskoczył mnie jeszcze jeden fakt. Oddając się studium bólu, jaki mnie dotykał, stwierdzam, że zdecydowanie większe zakwasy mam na mięśniach przywodzących niż odwodzących i najbardziej czuć to na udach. Kiedy zastanawiałam się dlaczego tak się dzieje, doszłam do wniosku, że te bardziej obolałe po prostu rzadziej są używane. Idąc tym tropem, stwierdziłam, że zdecydowanie częściej rozkładam nogi niż je zaciskam. Może to jest jakaś wskazówka, może w tym właśnie jest problem? Posuwając się z wywodem dalej, wyszło na to, że mam tendencję do sprowadzania większości zagadnień na płaszczyznę seksualną. Zdaję się jednak, że w moim wieku to zaczyna być normalne. Wyczytałam ostatnio w Cosmopolitan, że libido trzydziestolatek znacznie się wzmaga. Myślę, że nie ma sensu z tym walczyć.

Jutro znowu idziemy na siłownię, chociaż chyba nie mam na to ochoty. Najgorsze jest to, że silnie zmotywowana przeze mnie Baśka, na pewno nie odpuści treningu. Czego, jak czego, ale siły perswazji mi nie brakuje, co właśnie okazało się zgubne dla moich mięśni. Umieram…

Klapnięte pośladki

Klapnięte pośladki

6. Smutne oczy…

Posted in Pamiętnik on 26 września 2009 by Karolina

Przez kilka ostatnich dni próbowałam wymazać obraz Marka siedzącego na moim sedesie. Nie było to proste, ale w końcu się udało i teraz mogę zadzwonić do kolejnego kandydata… Drugi na liście był Mirek.

Znaliśmy się jeszcze z liceum, a więc już prawie piętnaście lat. Chodził do równoległej klasy, miał 190 cm wzrostu, rozbudowaną klatkę piersiową i smutne błękitne oczy które sprawiały, że zawsze, kiedy na mnie patrzył czułam się niczym mała dziewczynka. Rzadko mnie zauważał, a mimo to, a może właśnie dlatego marzyłam o nim przez całe liceum. Niestety, wiecznie był otoczony wianuszkiem gotowych na wszystko dziewczyn, a ja byłam zbyt ambitna, żeby nosić głębokie dekolty. Zresztą z moją miseczką „B” przy tych D-cup’ach i tak nie miałam szans. Dopiero podczas Studniówki poprosił mnie do tańca i powiedział, że zawsze bardzo mnie lubił  i żałuje, że nigdy się nie zaprzyjaźniliśmy. Mało się wtedy nie popłakałam i byłam gotowa zrobić dla niego wszystko, ale on chyba wcale tego nie chciał. Po tańcu odprowadził mnie do stolika, podziękował i wrócił do swoich koleżanek. Jak ja go wtedy kochałam. Dopiero kilka miesięcy po maturze, już na studiach, powoli do siebie doszłam. Uczelnia, nowi znajomi, imprezy sprawiły, że zapomniałam na pewien czas o mojej pierwszej miłości. Ponownie zobaczyłam go dopiero rok temu. Wpadliśmy na siebie u fryzjera. On wychodził, a ja wchodziłam. Nic się nie zmienił. Wciąż był niesamowicie przystojny i miły. Z krótko ostrzyżonymi włosami, pachnący drogimi perfumami, w nienagannie skrojonym garniturze. Wymieniliśmy się wtedy numerami telefonów, ale nigdy nie odważyłam się zadzwonić. Dopiero teraz…

Kiedy do niego zadzwoniłam, tłumacząc mój telefon sprawdzaniem aktualności książki adresowej, nie musiałam go nawet prosić o spotkanie. Od razu sam zaproponował wypad do klubu, bo chętnie powspomina dawne czasy, żeby oderwać się od codziennych obowiązków. Nie da się ukryć, że po czymś takim można uwierzyć w swoje szczęście. Umówiliśmy się na wieczór, więc miałam tylko kilka godzin na zrobienie się na bóstwo. U kosmetyczki byłam kilka dni temu, więc moja twarz prezentowała się na tyle dobrze, że nawet fluidu nie musiałam używać. Już się cieszyłam, że wystarczy kąpiel, lekki makijaż, seksowna bielizna, moje ulubione jeansy i bluzka, kiedy nagle spojrzałam w lustro! To, co ujrzałam było… przerażające! Przez moment chciałam odwołać spotkanie z Mirkiem, zakopać się w pościel i płakać, płakać i płakać. Kilkumilimetrowe odrosty raziły moje oczy tak mocno, że łzy naprawdę zaczęły spływać mi po policzkach. Mogłam zadzwonić do Adama, mojego fryzjera, ale przecież zwykle przyjmował klientki po dwutygodniowym oczekiwaniu. Mogłam również pójść do salonu na moim osiedlu, ale jakoś nie mogłam się przełamać. Poza tym Adam to artysta i mógłby się obrazić. To najlepszy przyjaciel kobiety, jeżeli wiecie, co mam na myśli, a tacy są nie tylko wrażliwi, ale i zaborczy jeżeli chodzi o klientów, a nawet klientki. Nie mając innego wyjścia postanowiłam zadzwonić do Adama. O dziwo, znowu miałam szczęście. Podobnie jak Mirek, Adam również był do mojej dyspozycji. Wziął sobie dzisiaj wolne, ale dla mnie zgodził się wpaść do salonu. Co za fantastyczny zbieg okoliczności. Zwykle to nieszczęścia chodzą parami, a tu proszę, do mnie fortuna uśmiechnęła się dwa razy.

Kiedy Adam mnie zobaczył, to o mało nie wypuścił nożyczek z rąk. Podszedł do mnie, zrobił przegląd włosów jakby szukał łupieżu i zawyrokował.

– Moja droga, ty nie masz jeszcze odrostów! – powiedział lekko poirytowany. – Nie wiem, kim jest mężczyzna, który cię oczarował, ale kompletnie zwariowałaś. Jak można tak tracić głowę? Przecież to oni powinni o nas zabiegać, a nie my o nich!

– Ale zrobisz mnie na bóstwo, prawda Adasiu? – zapytałam przymilnie i od razu dodałam. – Tylko ty to potrafisz.

– Masz szczęście, że bardzo cię lubię. – powiedział tonem, który wskazywał, że komplement mu się spodobał. – Ale nie mów mi takich miłych rzeczy, bo mam dzisiaj bardzo zły humor. Przyszedłem do pracy wyłącznie dlatego, że moja przyjaciółka potrzebowała ratunku.

– Bardzo ci dziękuję. – powiedziałam słodko. – Zawsze mogę na ciebie liczyć.

– Ach, wy wszystkie możecie na mnie liczyć, ale kiedy Adaś potrzebuje pomocy, to nie ma z kim porozmawiać. – poskarżył się retorycznie.

Niestety, odezwała się moja empatia i spytałam go, co się stało. Okazało się, że Adam przeżył kolejne miłosne rozczarowanie. Długo opowiadał o swoim związku, o kłótniach, o zazdrości. Prawie pół godziny poświęcił na opis haftowanych chusteczek do nosa, którymi wycierał łzy. Było mi go szczerze żal. Zresztą siebie też żałowałam, że nieopatrznie okazałam mu zainteresowanie. Teraz mam za swoją dobroć. Zamiast rozmawiać o najnowszych trendach w modzie, wysłuchiwałam opowieści o jego fantastycznym związku, który właśnie się skończył. Wiedziałam jednak, że Mirek wart jest największego poświęcenia i nawet jęczący Adaś nie zepsuje mi tego dnia.

Kiedy wreszcie opuściłam salon nie mogłam się nacieszyć. Wyglądałam naprawdę świetnie i tak też się czułam. Szybko dotarłam do domu i jak zwykle wpadłam w panikę stojąc przed moją szafą… Moje ulubione jeansy to nie jest jedna para, tylko trzydzieści…

Kiedy wreszcie dotarłam do klubu, oczywiście spóźniona prawie godzinę, były takie tłumy, że nie mogłam nigdzie zauważyć Mirka. Przez dziesięć minut krążyłam po kolejnych salach, coraz bardziej na siebie wściekła. Wszystko przez to, że wiecznie się spóźniam. Mirek zapewne uznał, że nie warto czekać i gdzieś sobie poszedł. Po chwili byłam już prawie pewna, że wyrwała go jakaś blond-lafirynda i wisząc mu na ramieniu obiecywała mu wszystko, czego tylko zapragnie. A to ja miałam być na jej miejscu! Byłam gotowa oddać mu się całkowicie, nawet gdyby chciał mnie tylko na jedną noc. Im więcej o nim myślałam, tym bardziej byłam zauroczona, i tym bardziej nienawidziłam siebie. Jak mogłam wypuścić z rąk takiego faceta? To przecież idealny kandydat na mojego męża…

Nagle poczułam jak ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu. W pierwszym odruchu chciałam ją bezceremonialnie strącić, jednak na szczęście zanim to zrobiłam obejrzałam się za siebie. To był Mirek. Uśmiechał się ciepło, a jego smutne oczy i tak były smutne. Poczułam nagle, że muszę go przytulić i natychmiast rzuciłam mu się na szyję.

– Ale ja za tobą tęskniłam. – wyszeptałam. – Cieszę się, że jesteś.

– To miłe. – odpowiedział Mirek delikatnie uwalniając się z moich objęć. – Napijesz się czegoś?

Nagle zrozumiałam, że przesadziłam. Uwieszenie się nieznanemu facetowi na ramieniu może u niego objawy paniki, a rzucenie się na szyję, to prawie jak przyjęcie oświadczyn, co może doprowadzić mężczyznę do konwulsji. Znowu byłam na siebie wściekła, bo pozwoliłam, żeby to emocje mną kierowały, a nie wyrachowanie. Szukam męża, a nie wielkiej miłości. Oczywiście, dobrze byłoby to ze sobą pogodzić, ale nie jest to warunek konieczny, abym czuła się spełniona.

Kiedy uświadomiłam sobie, że to ja mam listę, i że to ja dokonuję wyborów, odzyskałam wewnętrzny spokój. Dalsza część wieczoru, aż do północy przebiegała bez zakłóceń. Mirek był bardzo miły, chociaż powściągliwy. Na początku myślałam, że to przeze mnie, ale wyznał mi w końcu, że właśnie zakończył burzliwy związek i potrzebuje czasu i towarzystwa, żeby się otrząsnąć. Zrozumiałam, że muszę mu dać trochę czasu. To nie jest pierwszy lepszy napalony amancik, który dla nocy ze mną poświęci wszystko. Mirek miał klasę i to właśnie pociągało mnie w nim coraz bardziej. Nie ukrywam, że pełne zazdrości spojrzenia innych kobiet przyjemnie łechtały moją ambicję. Postanowiłam, że dam mu dojść do siebie. Będę go pilnować, ale i dam mu trochę swobody. Zupełnie tak, jak łowi się okonia. Jeden z moich facetów był wędkarzem i opowiadał mi kiedyś, że jeżeli złapię się węgorza, to natychmiast należy go wyciągnąć. Kręci się wtedy kołowrotkiem najszybciej jak się da, ponieważ ta oślizgła ryba potrafi chwycić się czegokolwiek, na przykład wodorostów i na pewno nie da się jej wyciągnąć. Inaczej jest z okoniem. To drapieżnik. Królewska ryba. Kiedy złapie haczyk, najpierw należy dać mu trochę wolności. Niech sobie popływa, niech poczuje się bezpieczny. Raz na jakiś czas można skrócić trochę żyłkę, ale tak, żeby się nie zorientował, bo może się zerwać. Podciągamy go i zaraz lekko odpuszczamy. Owszem, trwa to dosyć długo, ale warto, bo okoń w przeciwieństwie do węgorza nie żywi się padliną. Wtedy, kiedy słucham tych wędkarskich opowieści, udając zainteresowanie, nie wiedziałam, że ta specyficzna wiedza do czegoś mi się przyda. Teraz, gdy patrzyłam na Mirka wydawało mi się, że właśnie zaczyna procentować doświadczenie, które zdobywałam przez te wszystkie lata.

– Może zatańczymy? – zapytał Mirek stojąc naprawdę blisko.

Oczywiście, że chciałam, chociaż wolałbym zdecydowanie wolniejsze rytmy, żeby się w niego wtulić, ale na początek może być techno. Zanim jednak zdążyłam przyjąć zaproszenie, za moimi plecami zaczęło się jakieś gwałtowne poruszenie.

– Ty zdziro! – ktoś wysyczał, a ja zaczęłam się zastanawiać skąd znam ten głos. – Ty obrzydliwy biseksie!

Oczy Mirka zrobiły się przeogromne, ale smutek zastąpiło przerażenie. Powoli odwróciłam się do tyłu. Tuż za mną stał Adaś – mój fryzjer. Stał i dyszał mi prosto w twarz.

– Karolina?! – krzyknął zdumiony. – To z tobą zdradza mnie ten drań! Obrzydliwy, obleśny, kłamliwy!

– Jak to zdradza? Kto zdradza? – zapytałam, ale tak naprawdę bałam się usłyszeć odpowiedź.

– To ja przez ciebie wypłakuję oczy, a ty łazisz nie wiadomo z kim po klubach! Zrywam z tobą! Nie błagaj mnie o wybaczenie! – wysyczał Adam do Mirka, a następnie spojrzał na mnie. – Nie przychodź do mnie więcej! Nie jesteś już moją ulubioną klientką!

Nie pamiętam jak i kiedy wróciłam do domu. Rano obudziłam się z potwornym kacem, chociaż wypiłam zaledwie jednego drinka. Od razu zadzwoniłam po Baśkę, żeby przyjeżdżała z rosołem. W końcu jednego dnia znalazłam moją miłość i chwilę potem ją straciłam, a w dodatku śmiertelnie obraził się na mnie mój zaprzyjaźniony fryzjer. Tak, ten dzień nie należał do najszczęśliwszych. Chyba sobie zrobię sobie kilka dni przerwy, zanim zadzwonię do kolejnego faceta z listy. Strach pomyśleć, co z nim będzie nie tak. Aha, i ważna uwaga. Fortuna wcale nie uśmiecha się dwa razy, ale nieszczęścia chodzą jednak parami.

Smutne oczy

Smutne oczy

5. Dmuchany prezes

Posted in Pamiętnik on 21 września 2009 by Karolina

Pierwszy na liście był Marek i to właśnie jemu poświęciłam ostatnich kilka dni. Marek… tak, to jeden z tych mężczyzn, którzy zdobywają kobiety drogimi prezentami, kolacjami i importowanym winem najlepszej jakości. Markowi zawsze przychodziło to łatwo, bo posiadał coś, czego wielu mężczyznom brakuje, a mianowicie służbową kartę kredytową. Tak, limit na jego karcie zdawał się być ograniczony jedynie wyobraźnią kobiety, która akurat miała szczęście być u jego boku.

Kilka lat temu Marek kręcił się przy mnie przez kilka miesięcy. Pracowaliśmy wtedy razem, ale pomimo jego naprawdę świętnie dobranych krawatów, nie chciałam zgłębiać naszej znajomości. Już wtedy był członkiem zarządu, a ja skromną specjalistą. Jedyne czym mogłam mu wtedy zaimponować była moja asertywność, a było o nią szczególnie łatwo, że już wtedy Marek miał dwie biurowe kochanki i bardzo atrakcyjną sekretarkę. Mogłabym zaakceptować trójkąt, ale pięciokąt to byłaby przesada. Tak, Marek był typowym łajdakiem, ale te jego krawaty i karta, którą z tak szarmanckim gestem wyciągał z portfela, zawsze robiła wrażenie. Na jego korzyść przemawiała również deklaracja, którą mi złożył, kiedy odmówiłam mu bliższej znajomości argumentując to zbyt dużą ilością kobiet w jego życiu.

– Karolino. – Zamruczał, a jego powieki zatrzepotały niczym skrzydła kolibra. – Jeżeli będziesz ze mną , to obiecuję, że zastanawię się czy nie dać ci wyłączności.

Tak, wiem, że po takiej deklaracji powinnam natychmiast rzucić się w jego ramiona, jednak coś mnie wtedy powstrzymało. Teraz jednak czując oddech zbliżającej się desperacji, postanowiłam dać mu szansę. Zanim do niego zadzwoniłam przez kilka godzin wmawiałam sobie, że mężczyźni czasem się zmieniają i nawet największy drań zasługuje na drugą szansę… Cóż, dzięki Markowi już tak nie myślę, a było to tak…

– Ma… Ma… Marek? – wyjąkałam chrypiącym głosem w słuchawkę. – To ja, Karolina, pamiętasz mnie?

Zanim odpowiedział ja już byłam na siebie wściekła. Nie dość, że nie wiadomo dlaczego zaschło mi w gardle to w dodatku od razu postawiłam się w niezręcznej sytuacji, dobrowolnie oddając Markowi inicjatywę. Ten drań natychmiast to wykorzystał.

– Karolina? – zamruczał jak zawsze i zawiesił głos.

Marek uwielbiał słuchać swojego głosu. Zawsze miałam wrażenie, że zawiesza się czasem na dłuższą chwilę, bo słyszy echo własnego mruczenia. Jedna z jego dziewczyn wmówiła mu kiedyś, że ma niski, czarujący głos, więc pan prezes usiłował być jeszcze skuteczniejszy. W rezultacie czasem trudno było go zrozumieć, bo jego mruczenie zamieniało się w zwykłe buczenie. Czego jednak  nie robi się dla przyszłego męża. Zaczęłam się nawet zastanawiać na jak wiele poświęceń jestem gotowa, ale Marek znowu się odezwał, a raczej znowu zamruczał.

– Która Karolina? – zapytał, a ja wpadłam w panikę.

– Jak to która? Ta, której nigdy nie miałeś. – usiłowałam zażartować, ale marnie mi to wyszło.

– To nie pamiętam takiej Karoliny. – jego głos był osiągnął już tak niskie częstotliwości, że prawie zlewał się z biciem mojego serca. – Ale na pewno mogę sobie przypomnieć i to naprawić.

Miał szczęście, że rozmawialiśmy przez telefon. Dzięki temu filiżanka z kawą wylądowała na ścianie zamiast na jego kolanach. Już go nienawidziłam, postanowiłam jednak, że nie będę się z góry uprzedzać. Musi być jakiś sensowny powód, dla którego Marek tak łatwo uwodził kobiety. Miałam nadzieję, że nie jest to jedynie jego karta kredytowa. Właściwie nie jego, tylko firmy, ale jak to różnica?

– Wiesz, postanowiłam dać ci szansę. – próbowałam opanować głos, ale zdawałam sobie sprawę, że wciąż brzmi koszmarnie. – Czy możemy się spotkać?

– Możemy, ale opisz mi najpierw siebie, bo słabo cię pamiętam…

Co za bezczelny typ! Przez chwilę chciałam się rozłączyć, ale jednak był pierwszy na liście. Następni będą gorsi od niego. Nie mogę się poddawać! Cel uświęca środki i takie tam.

– Blondynka z miłym uśmiechem, – odpowiedziałam mając nadzieję, że to mu wystarczy.

– A rozmiar biustu? – zapytał wprost.

– B!- odpowiedziałam bezwiednie.

– Obwód bioder? – kontynuował bez żenady.

– 88 centymetrów!

– Depilujesz bikini?

– Tak!

– Lubisz seks oralny?

– Bardzo! – wypaliłam do słuchawki, a moja twarz zmieniła się w pochodnię, czego Marek na szczęście nie widział.

– To świetnie! – musiał się chyba trochę podniecić, bo jego głos lekko zapiszczał. – Możemy się spotkać nawet dzisiaj. Zapraszam cię na lunch.

Nie da się ukryć, że skwapliwie skorzystałam z zaproszenia, obiecując sobie jednak, że nie będę już taką uległą idiotką. Zdawałam sobie sprawę, że coraz bardziej zależy mi na znalezieniu męża, jednak nie mogę przecież upaść tak nisko, żeby głównym kryterium oceny był seks oralny. Postanowiłam, że na Marka przeznaczę sobie tydzień. Albo go usidlę w tym czasie, albo biorę się za następnego na liście.

Podczas pierwszego spotkania Marek dokładnie mnie lustrował, a ja z przyjemnością stwierdziłam, że wciąż potrafi się dobrze ubrać i nawet rozmowa całkiem nieźle się kleiła. Marek opowiadał o swoich sukcesach zawodowych. Chwalił się, że nic nie robiąc zarabia całkiem sporą kasę, bo właściciele firmy są gamoniami. Udawałam, że cieszy mnie jego zaradność, chociaż momentami miałam wątpliwości czy faktycznie zasługiwał, aby w ogóle być na mojej liście. Jednak cel uświęca środki. Mąż musi być zaradny i według tego kryterium Marek był najlepszym kandydatem.

Kiedy tak gadał i gadał, zrozumiałam, że muszę znaleźć w nim coś, co pomogłoby mi się w nim zakochać. No dobrze, przynajmniej zauroczyć. Niestety, pomimo eleganckich strojów Marek wciąż miał brzydkie, małe usta i wyłupiaste oczy. Uszy też trochę za bardzo odstawały. Błyskotliwy również był tylko trochę, tak akurat na dwa, trzy spotkania, więc i tutaj nie mogłam znaleźć punktu zaczepienia.

– Może seks? – pomyślałam i nagle uzmysłowiłam sobie widząc spojrzenie Marka, że powiedziałam to na głos.

 – Seks? Wiedziałem, że o to ci chodzi! – wyszeptał, a ja w jego głosie usłyszałam melodię marszu tryumfalnego z „Aidy”.

Musiałam przyznać, że przez te kilka lat, kiedy nie miała okazji go widzieć, Marek nieźle się rozwinął. Nauczył się szybko reagować, a jego samczy instynkt wiódł go prosto do celu. Jednak nie ze mną takie numery, tak łatwo nie będzie.

– Musiałabym się najpierw tobie zakochać, żebyś mógł mnie dostać. – powiedziałam spokojnie oblizując maksymalnie wysuniętym językiem brzeg filiżanki z kawą oczywiście mało się przy tym nie  dławiąc. – Nie sądzę, abyś był w stanie do tego doprowadzić.

– Ja nie byłbym w stanie? Ja? – natychmiast złapał haczyk. – Możemy się założyć o co chcesz! Za tydzień będziesz we mnie zakochana!

– Zgoda… – odpowiedziałam. – Jeżeli wygrasz zakład, to zostanę twoją żoną i bez przerwy będę się z tobą kochać.

– A jak przegram? – zapytał, wycierając spocone dłonie o uda.

– A zakładasz przegraną? – zapytałam z niewinną miną.

– Oczywiście, że nie! Jak przegram będziesz mogła prosić o co zechcesz!

Przez kilka następnych dni dostałam kilka bukietów kwiatów, odwiedziliśmy kilkanaście restauracji i kawiarni. Noce spędzaliśmy w nocnych klubach i nie było chwili, żeby Marek nie pobudzał mojej wyobraźni erotycznej najróżniejszymi opisami. Czułam, że naprawdę musi być niezłym kochankiem. wreszcie minął tydzień…

– Czy.. czy ty… czy ty zakochałaś się we mnie? – zapytał z lekkim niepokojem Marek. – Musisz przyznać, że bardzo się starałem…

– Przyznaję mój drogi i powiem ci jeszcze, że jesteś już bardzo, bardzo blisko. – wyszeptałam wieszając się na jego szyi. – Chodźmy do mnie, chcę tego…

Marek nagle się wyprostował, ale zamiast tryumfu, na jego twarzy widziałam uwielbienie. Tak, udało się, to on się we mnie zakochał. Na mnie przyjdzie czas. Wmówię sobie, że też mi na nim zależy.

Kiedy przyjechaliśmy pod dom Marek znowu mnie zaskoczył wyciągając z bagażnika neseser. Zrozumiałam, że zostanie ze mną do rana. Nie ucieknie w środku nocy, tylko przenocuje. Chciałam krzyczeć z radości, że aż tak szybko poszło. Wtedy czułam, że to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. No dobrze, nie dzień, tylko noc, ale co to za różnica?

Na górze Marek wraz z neseserem zajęli łazienkę. Ale to porządny facet. Poszedł się wykąpać bez proszenia, chociaż dziwiło mnie trochę, że nie słyszę prysznica, ale czułam, że robi wszystko, żeby mi się spodobać. Kiedy jednak po pół godzinie Marek nie wychodził, a zza drzwi dobiegało jedynie sapanie postanowiłam sprawdzić czy nic mu się nie stało. Zapukałam i szarpnęłam za klamkę, bo przecież przyszły nie powinien mieć przede mną tajemnic…

Niestety, moja ciekawość mnie zgubiła. Teraz już wiem, że czasami naprawdę lepiej wszystkiego nie wiedzieć. Kiedy otworzyłam drzwi łazienki najpierw zobaczyłam otwarty neseser. Potem Marka siedzącego bez spodni i bielizny na sedesie. A na jego… hmmm… męskości zobaczyłam jakieś dziwne urządzenie.

– To pompka wspomagająca. – wyjaśnił zażenowany, ale wciąż próbował trzymać fason. – Czasem muszę wspomagać się techniką.

– A może pożyczyć ci odkurzacz? – zapytałam złośliwie, chociaż Marek wyraźnie liczył na litość. – Zostaw ten sprzęt. Jak chcesz to możesz przespać się na kanapie do rana.

Po tych słowach wyszłam z łazienki bez słowa trzaskając drzwiami. Rano Marka nie było. I bardzo dobrze, bo chyba bym mu wydrapała oczy. Nieźle mnie urządził. Najpierw przez tydzień ostro podkręcał, a potem okazało się, że nawet dobrze się nadmuchać nie potrafi. Baran jeden! Najgorsze jest to, że od początku czułam, że wpisanie Marka na listę było błędem. Następnym razem nie będę ignorować głosu intuicji, nie warto.

Dmuchany prezes

Dmuchany prezes

X. Wpis techniczny!

Posted in Wpis techniczny on 15 września 2009 by Karolina

Jestem genialna! Odkryłam, że WordPress udostępnia statystyki dotyczące odwiedzin na moim blogu. Jestem z siebie tym bardziej dumna, że dotarłam do tego bez żadnych instrukcji. Zafascynowa informacjami spędziłam kilka godzin z wypiekami na twarzy śledząc informacje o moich gościach. Nie wiedziałam, że analiza statystyczna potrafi być tak ciekawa. Tych cyferek jest tutaj tak dużo, że jutro też będę mogła się tym zająć. W końcu trzeba jakoś spędzić sensownie kilka dni urlopu. Ale nie o urlopie spędzanym przed komputerem chciałam pisać. Moją szczególną uwagę przykuły wpisy, które ludzie wpisują w wyszukiwarkę, a ta przekierowuje ich do mnie. Zrozumiałam, że mój blog zaczyna być nie tylko pamiętnikim, ale dla niektórych może stać się poradnikiem. Czując wielką odpowiedzialność z przyjemnością przedstawiam frazy, dzięki którym osoby szukające informacji w sieci trafiły do mnie… Dobrze, nie będę ukrywać, że poza poczuciem dumy miałam również niezły ubaw, a przecież to chyba najważniejsze…

Po wpisaniu poniższych fraz wyszukiwarki pokazały mojego bloga (liczba osób, które wpisały daną frazę):
jak usidlić mężczyznę (chłopaka/faceta) (121)
jak dobrze zaspokoić mężczyznę (4)
jak rozwieść faceta (3)
jak zaspokoić mężczyznę (3)
jak dobrze zaspokoić faceta (2)
chce zdobyć faceta który ma doła (1)
chłopak nie pamiętał o moich urodzinach (1)
do jakiego roku mężczyzna może zapłodnić (1)
dzwonić po spędzonej nocy do faceta? (1)
faceci którzy nie chcą ślubu (1)
faceci się mnie bo ja (1)
gdy po udanym spotkaniu, mężczyzna nie dzwoni (1)
jak dobrze zaspokoić mężczyznę (1)
jak poznać faceta (1)
jak szybko zaspokoić mężczyznę (1)
jak usidlić faceta + sposoby (1)
jak wybrać mężczyznę na męża (1)
jak zdobyć mężczyznę (1)
kiedy mężczyzna chce ślubu (1)
lista faceci (1)
mam 30 lat dwoje dzieci facet (1)
mąż chce mnie zapłodnić (1)
mężczyzna nie dzwoni (1)
mężczyzna obiecuje ze zadzwoni a nie dzwoni (1)
mężczyznę do 30 lat (1)
mężczyźni a ślub (1)
miłość do obcego faceta (1)
miłość kobieta mężczyzna na wesoło (1)
pamiętnik męża (1)
po czym poznać ze mężczyzna chce dziecka (1)
teraz chcę faceta na noc (1)
trzydziestoletnia panna (1)

Pozdrawiam,
Karolina

4. Tleniony bizon…

Posted in Pamiętnik on 3 września 2009 by Karolina

Czasem odnosimy wrażenie, że opatrzność nad nami czuwa. Czujemy to szczególnie wtedy, kiedy czegoś mocno pragniemy i natychmiast to dostajemy. Dałam się ponieść emocjom i straciłam przez to dużo czasu. A wszystko zaczęło się tak niewinnie i pięknie, że zapomniałam o moim planie i o mojej liście. Cztery miesiące temu na horyzoncie pojawił się promyk nadziei na szybkie zakończenie poszukiwań. Promyk w postaci tajemniczego pana B…
Kiedy mama zapraszała mnie na sobotni obiad, nie bez powodu upewniała się czy na pewno będę. Wtedy nawet byłam zdziwiona jej pytaniem, ale niestety, nie przewidziałam, że aż tak będzie próbować ingerować w moje życie. Wpadłam więc spóźniona jak zawsze, zdyszana maratonem na ósme piętro, bo akurat zepsuła się winda. Z dwoma reklamówkami pełnymi ubrań do krawieckiej przeróbki, z wielką torba przewieszona przez ramię, kluczykami od samochodu, telefonem i gazetką reklamową z wycieraczki w dłoni… Spytajcie jakiegoś mężczyznę po co natura dała nam łokcie. Większość z nich pomyśli, że do rozpychania się, ale powie, że do podpierania brody, kiedy z uwielbieniem patrzą na ukochaną kobietę. Żałosne, że mężczyźni tam mało wiedzą o życiu. Łokieć jest niczym koło ratunkowe dla tonącego, niczym latarnia morska dla zagubionych na wzburzonym morzu marynarzy… Chyba trochę przesadziłam z tymi porównaniami, ale jaką inną częścią ciała można nacisnąć klamkę, kiedy nosem naciska się dzwonek u drzwi, których nikt nie otwiera? Więc dzięki łokciowi udało mi się w końcu wejść do mieszkaniu rodziców, a tu już od progu wita mnie mama i bezceremonialnie wpycha do jadalni. Mało tego, od razu stanęła w rozkroku w drzwiach, jakby chciała odciąć mi drogę ucieczki. Nie zważała na mój rozwiany włos, szaleństwo w oczach, pot na czole i pąsowe policzki… tylko jakby nigdy nic radośnie się uśmiechała.

-Nie muszę ci chyba przedstawiać Bartka? Kiedyś bardzo się przyjaźniliście… – powiedziała z promiennym uśmiechem mama.

Szybki rzut oka i napad chwilowej paniki, a w głowie pustka. Bartek… Bartek… czy to nie ten, przez którego podczas zabawy w piaskownicy straciłam jedynkę…? Dobrze, że mleczną! Na szczęście tata, widząc moje zmieszanie, przyszedł mi z pomocą.

– To syn pani Halinki spod 6. Wrócił akurat z Londynu. Skończył mu się kontrakt i jest sing… – ojciec zawiesił głos.

– Aha, jasne! – wysyczałam z nienawiścią.

Zrozumiałam, że stałam się ofiarą spisku. Po matce mogłam się tego spodziewać, ale ojciec… Rzuciłam mu spojrzenie rażące piorunem, aż wcisnął się w fotel i spuścił po sobie uszy. To znaczy spuściłby, gdyby było to możliwe.

– I Ty Brutusie, przeciwko mnie… – zdążyłam jeszcze pomyśleć i w końcu zmusiłam się, by podnieść głowę.

Błyskawiczny rekonesans i oczyma wyobraźni zobaczyłam zasmarkanego pędraka w okularach z naklejką z wilkiem i zającem na szkle, celem korekcji zgaduję, bo jakoś nie wierzę, żeby ktoś bez celu tak oszpecił dziecko. Postanowiłam się jednak opamiętać i odganiając tę myśl musiałam nawet potrząsnąć głową. Wyregulowałam ostrość widzenia.
Stał przede mną, z wyciągniętą w powitaniu ręką. Przez moją głowę przetoczyło mi się tysiąc myśli i decyzja została podjęta błyskawicznie…
Normalnie, czyli w zwykłych okolicznościach przyrody, w takiej sytuacji, z wprawą odwracam się od rozmówcy, kierując uwagę na coś innego, a facet zostaje, jak palant z tak nachalnie wyciągniętą łapą. Kiedyś postawiłam sobie za cel tępienie tego rodzaju braku ogłady – jak dotąd byłam temu wierna i bezwzględna. Tu jednak sytuacja miała wymiar niejako symboliczny. Z pokorą podałam mu rękę w uścisku á la śnięta ryba, co podobno manifestuje uległość. Mieliśmy przecież sytuację wyjątkową i w obliczu podjętych dzień wcześniej postanowień, wymagało to specjalnych działań. Nie muszę chyba dodawać, że natychmiast wybaczyłam mu upokorzenie jakiego doznałam jako pięciolatka w piaskownicy.
Dalej wszystko potoczyło się już gładko. Jedna randka, druga, trzecia… w końcu straciłam rachubę. Bartuś okazał się intelektualnie całkiem sprawny. Może bez polotu, przynajmniej według moich koleżanek, ale wtedy pomyślałam, że to nawet dobrze, bo po co mi ewentualna konkurencja. Towarzysko nie błyszczał, ale jakoś sobie radził i nawet za bardzo nie odstawał od innych. Pod warunkiem oczywiście, że nie zapętlił się w swoich wywodach o rynku forex i tendencjach giełdowych, co prawie wprawiało go w trans, a resztę ekipy w błogie osłupienie. Z wyglądu też był niczego sobie. Zwłaszcza po dopracowaniu garderoby. Oczywiście, mogłam zapomnieć o pięknej urody potomstwie, jeśli dzieci miałyby być kopią taty. Ufałam jednak, że tę pulę genów odziedziczą po mnie, bo w coś trzeba przecież wierzyć. Właściwie to miałam nadzieję, że dzieci wyłącznie po mnie odziedziczą geny, ale wtedy nie próbowałam się zastanawiać czy są na to jakiekolwiek szanse.
Po wstępnych testach mój nowy partner okazał się seksualnie zorientowany, co nie było bez znaczenia. Dostrzegłam duży…potencjał, bez szału, ale tyle się teraz pisze w prasie kobiecej o pracy nad wspólnym orgazmem. Zasługiwał na szansę.
Przeżyliśmy te cztery cholerne miesiące w względnym spokoju i harmonii. Prawie się do mnie wprowadził, a przynajmniej zgromadził w moim mieszkaniu całą walizkę swoich rzeczy. Skąd wiedziałam, że aż tyle? No cóż, los dał mi wkrótce szansę się o tym przekonać…
W ostatnie niedzielne popołudnie byłam zajęta ćwiczeniami belly dance z płyty dvd, jaką sprezentowała mi na urodziny Baśka. Zwykle właśnie tak relaksuję się po ciężkim tygodniu, z kojącym dźwiękiem sitaru w tle. Nagle słyszę pukanie do drzwi. Pomyślałam, że to pewnie mój luby wrócił wcześniej ze squasha. Pędzę prawie jak na złamanie karku, dzwoniąc monetami z chusty niczym świnka skarbonka. Otwieram z radosnym uśmiechem i co widzę…?! Wielkie, cycate, parchate, bóstwo z tlenionymi włosami i odrostem na pół głowy, które to z rosyjskim akcentem oświadcza, że mój towarzysz życia, ojcem jej nienarodzonego potomka będzie. Szlag mnie trafił. Ręce mi opadły, ale jak to baba w sytuacji kryzysowej, zaczęłam szybko kombinować. Nagle uświadomiłam sobie o dwudniowej kursokonferencji Bartka w Puszczy Białowieskiej! No rozumiem, że facet lubi czasem wykonać skok w bok, ale żeby jakieś tlenione bizony posuwać to już skandal!

– Zapłodnił cię 13 maja pomiędzy 21.20 a 22.35? – zapytałam próbując zachować resztki opanowania.

Cycata otworzyła szeroko oczy, a ja dostrzegłam w nich przerażenie. Zrobiło mi się jej żal. Skąd mogła wiedzieć, że przez całą konferencję dzwoniłam do Bartka dokładnie co kwadrans, a w tym właśnie czasie miał wyłączoną komórkę. Chyba ze sto razy łączyłam się wtedy z jego pocztą głosową, a takich chwil kobieta nie zapomina.
Nie wiem co było dalej, chyba jakoś mi to umknęło. Może to rodzaj amnezji w sytuacji arbitralnej? W końcu pojawił się Bartuś. Wszedł, wysłuchał co mam do powiedzenia i wydał z siebie jedynie coś w rodzaju skowytu zagubionego, pluszowego misia. Liczyłam że spróbuje mi to wytłumaczyć, że może będzie się wypierać, ale nie. Samo przez się było dla niego widać oczywistym, że ma zbierać manatki i spieprzać gdzie pieprz rośnie.
Najgorsze jest to, że jakoś w pierwszym odruchu byłam gotowa go zatrzymać. Żenujące, ale taka bywa miłość. Na szczęście zniechęcił mnie tylko widok tej lafiryndy, która pomagała mu upychać ciuchy w za małą walizkę. Wyszedł z Playstation 3 pod pachą, rzucając klucze na komodę. Ten brzęk słyszę do teraz, jakby serce rozpadło się na kawałki i łupnęło o podłogę.
Ryczałam trzy dni, a Baśka donosiła mi rosół mówiąc, że to na pewno mi pomoże. Bzdura, bo miłość nie jest chorobą, z której trzeba się wyleczyć. Poza Baśką jeszcze nikt nie wie co się stało. Potem to jakoś wyjaśnię. A może rozejdzie się po kościach? Znając jednak moje szczęście, to ploteczka rychło pójdzie w świat i te wszystkie podstarzałe flądry w pracy będą miały dziką satysfakcję. Już je widzę tokujące jedna przez drugą: że jaka biedna, że sama, że nie tak łatwo w tym wieku znaleźć porządnego faceta. Koszmar.
Dość tego marudzenia, starczy! Powstanę jak feniks z popiołów i jeszcze mnie gnojki popamiętają, a szczególnie ten, który zostanie moim mężem! Nie ma odwrotu! Wracam do realizacji planu i nic mnie nie powstrzyma. Ten smarkacz i tak nie dorastał mi do pięt. Postanowiłam, że kiedyś jeszcze pozna mój gniew ten … pasztetojebca. Odpłacę mu za stracony czas. Jestem piękna, młoda, kreatywna, jestem boginią seksu – dam radę! Postanowiłam, że wieczorem przeszukam szufladę biurka. Może mam jeszcze tamtą listę, a jak nie to zrobię nową, dwa razy dłuższą! I będę wymagać, przecież zasługuję na to, co najlepsze.

No mała…! – powiedziałam do siebie. – Głęboki oddech, pierś do przodu, ruszamy do boju i jedyny możliwy wynik to sukces. Znajdę męża, chociażbym miała szukać go w piekle. Postanowione!

Tleniony bizon

Tleniony bizon