Archiwum dla Październik, 2009

X. Juz jutro…

Posted in Wpis techniczny on 17 października 2009 by Karolina

Wyjechalam z Radkiem. Wracam we wtorek kolo poludnia  i jutro wszystko opisze.

PS. Kocham mojego iPhona, ale opisanie calej historii na jego klawiaturce przekracza granice mojej cierpliwosci.

Reklamy

23. Nowa nadzieja

Posted in Pamiętnik on 15 października 2009 by Karolina

Mimo mojego wczorajszego silnego postanowienia powrotu do działań w temacie listy kandydatów, dziś zwyciężyło poczucie obowiązku. W końcu ten jeden jedyny, skoro już tyle czasu gdzieś tam na mnie czekał, to jeden dzień nie zrobi mu istotnej różnicy. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Postanowiłam, że lepiej będzie moją frustrację przełożyć na jakieś konstruktywne działanie. Profesjonalizm przede wszystkim, nie mogę pozwolić żeby moja zła passa miała negatywny wpływ na moje życie zawodowe. Zdecydowałam zatem, że rzucę się w wir pracy i dzisiejszy wieczór w domu przeznaczę na dokończenie archiwizacji. Baśka trapiona chyba wyrzutami sumienia z powodu wczorajszej odmowy zaoferowałam mi pomoc. Niczego nieświadoma zgodziłam się od razu.

Niestety gdy tylko dotarłyśmy do domu okazało się, że Baśka ani myśli zabrać się za liczenie. Praktycznie po przekroczeniu progu mojego mieszkania, włączyła telewizor pod pretekstem sprawdzenia notowań giełdowych. Przy okazji nieszczęśliwie zatrzymała się na Animal Planet gdzie pokazywali program o jakimś robactwie. Ta pasjonująca audycja tak pochłonęła moją przyjaciółkę, że nie była się w stanie skupić na niczym innym, sama więc zabrałam się do pracy.

– A wiedziałaś, że te samce żuków gnojaków, które mają duże rogi, jednocześnie mają bardzo małe narządy płciowe – odezwała się nagle, niczym wyrwana z letargu.

– Baśka przestań, nie widzisz, że próbuję pracować! Dość mam męskich gnojków w moim życiu, co mnie jeszcze obchodzą jakieś tam rogate. Chyba, że ty zamierzasz się związać z jakimś, to proszę bardzo.

– No, ale spójrz. – poprosiła. – Naprawdę to dziwne.

Zerknęłam na telewizor, a moim oczom ukazały się bezwstydnie kopulujące robaki.

– Za dużo seksu w tej telewizji. – powiedziałam ze złością. – Nawet nie ma jeszcze dwudziestej drugiej, a oni takie rzeczy pokazują.

Już dawno zwróciłam uwagę, że praktycznie wszystko w telewizji przesiąknięte jest seksem. Reklamy, seriale, programy edukacyjne, wiadomości. Wszędzie seks. Albo jakaś panienka wciąga kostkę lodu przez słomkę, albo Marek zaczyna romans z Grażyną, albo rozmnażają się robaczki. Ile można? Oczywiście, to zrozumiałe, że świat kręci się wokół prokreacji, ale czy telewizja musi przypominać o tym kobietom, które akurat nie mają z kim uprawiać seksu?

Patrzyłam bezmyślnie w telewizor, zastanawiając się czy chciałabym być na miejscu tej samicy żuka, na szczęście zanim sobie odpowiedziałam na to pytanie, usłyszałam głoś Baśki.

– Patrz, patrz! – krzyknęła z przejęciem, ignorując brak zainteresowania z mojej strony. – To odwrotnie niż u ludzi, bo podobno jak facet ma małe stopy to ptaszka też ma małego.

– Co ty pleciesz?! – zapytałam zdumiona.

– Tak, masz rację, plotę bzdury. – miałam nadzieję, że się uspokoiła, ale nie, ona niewzruszenie ciągnęła temat. – To chyba jednak nie prawda. Taki Michał na przykład, nosił tylko czterdziestkę, a jego penis ma… chyba…

Tego już było za wiele! Chciałam stuknąć Baśkę łokciem w bok, ale ona zerwała się gwałtownie i zaczęła czegoś szukać w moich szufladach. Patrzyłam na nią zaskoczona dochodząc do wniosku, że moja przyjaciółka najzwyczajniej w świecie zwariowała. Nagle Baśka odwróciła się do mnie z wyrazem tryumfu na twarzy trzymając w dłoniach centymetr krawiecki. Końcówkę przyłożyła sobie do podbrzusza i rozciągnęła aż do pępka.

– Dwadzieścia cztery centymetry… – wyszeptała z szacunkiem.

– Nie uwzględniłaś krzywizny. – powiedziałam i dodałam złośliwie widząc jej pytający wzrok. – Brzuch ci odstaje.

– Ale… Michał… właśnie tak ma… – odpowiedziała zawstydzona. – Dwadzieścia cztery centymetry…

– Wiesz co, odbiło ci! – krzyknęłam naprawdę zdenerwowana, bo z każdym jej słowem czułam się coraz bardziej przybita. – Co mnie obchodzą twoi świetnie wyposażeni faceci skoro się nimi nie dzielisz! Myślisz tylko o sobie!

Tego zupełnie nie przewidziałam. Dzięki wybuchowi natychmiast się uspokoiłam, za to Baśka się rozbeczała. Po policzkach poleciały jej nieudawane łzy wielkości zielonego groszku. Szlochając wykrzyczała, że ją cały czas ignoruję, że w ogóle to ona się czuje poważnie zaniedbana, a dziś rano to nawet gołąb narobił jej na nowy płaszcz. Postanowiłam nie szukać logiki w tym co mówi, bo z góry założyłam, że jej tam nie ma. Całą winę za chimery koleżanki zrzuciłam na jesienną depresję i jakoś ją ugłaskałam, dzięki czemu udało się nam wrócić do pracy.

Nie na długo niestety. Zdążyłyśmy przeliczyć dwa zestawienia i już miałam schować je do segregatora, żeby zająć się następnymi, kiedy Baśka stwierdziła, że jest głodna. Niewiele myśląc zabrała się za przetrząsanie moich szafek kuchennych, waląc przy tym potwornie drzwiczkami. Wróciła po chwili z galaretkami cytrynowymi i czekoladą w proszku. Usiadła w bezruchu na kanapie i chyba zamyśliła, o ile to dzisiaj było możliwe. Postanowiłam wykorzystać tę chwilę spokoju i zabrałam się do pracy.

Niestety. To była naprawdę tylko chwila, bo Baśka nagle wyciągnęła telefon i zamówiła pizzę. Po odłożeniu telefonu, znowu zamarła na kanapie, a ja wróciłam do zestawień. Było mi wszystko jedno czy Baśka mi pomoże czy nie.

Myślałam, że uda mi się podgonić opóźnienie, gdy do drzwi zadzwonił dostawca pizzy. To kolejny paradoks. Zawsze, kiedy mi się śpieszy lub zwyczajnie jestem głodna, to na zamówienie czekam godzinę lub dłużej. Dzisiaj trwało to piętnaście minut. Co za ironia losu.

Na widok pizzy Baśka się ożywiła. Zasiadła do uczty przegryzając pepperoni galaretkami i czekoladą wygarnianą z szeleszczącej torebki łyżeczką. Ani na moment nie przestawała przy tym mówić. Z pełnymi ustami nawijała mi o jakimś ślicznym, kloszowym płaszczyku z Galerii Centrum, opisując ze szczegółami każdy guziczek i pliskę. Zupełnie nie zwracała uwagi na to, że mi przeszkadza. Moja wytrzymałość wisiała na włosku, ale wolałam nie ryzykować kolejnego napadu histerii.

W końcu, kiedy zniknął ostatni kawałek pizzy, Baśka poprosiła o kalkulator. Odetchnęłam z ulgą, że w końcu się  zmęczyła i wreszcie zajmie się pracą.

– Tysiąc dwieście pięćdziesiąt sześć. – Baśka ni z tego ni z owego przerwała błogą ciszę

– Co tysiąc dwieście pięćdziesiąt sześć?- zapytałam zdziwiona

– No jak to co, kalorii. – oświadczyła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem i dodała z poczuciem winy w głosie. – Tyle właśnie przed chwilą zjadłam.

Postanowiłam odwrócić jakoś jej uwagę, więc zaczęłam zapewniać, że ma świetną figurę i na pewno to nie zaszkodzi. Po chwili uznałam, że dała się przekonać, bo na moje szczęście znów zabrała się za liczenie.

– Sześć godzin, szesnaście minut i pięć sekund. – ponownie wyrwała się jak Filip z konopi, a ja musiałam mieć strasznie zdziwiony wyraz twarzy, bo od razu wyjaśniła. – No tyle będę musiała uprawiać seks, żeby to spalić.

Lekceważąco machnęłam ręką, ale w głębi duszy ukłuła mnie zazdrość.

– Sześć godzin seksu non stop, kuszące. Szkoda, że nieprędko czegoś takiego doświadczę – pomyślałam ze smutkiem.

Baśka znów chwyciła kalkulator, ale moja nadzieja i tym razem okazała się płonna, ponieważ za moment oświadczyła.

– Tyle czasu to będzie przy założeniu, że facet nie skończy w ustach, bo wtedy to trzeba dodać jakieś… – tu zaczęła rachunki w pamięci i po chwili zwróciła się do mnie. – Karola, jak myślisz? Ile to będzie kalorii?

– Ty masz chyba jakąś obsesję! Opanuj się dziewczyno! Trzeba było się zastanawiać zanim pożarłaś to wszystko! – wybuchłam, bo całkiem puściły mi już nerwy.

Oczy Baśki napłynęły łzami, a ja sama czułam, że przesadziłam.

– Basiuniu, Basieńko, przepraszam – zaczęłam ją przytulać. – Zobacz mam jeszcze batonik orzechowy, twój ulubiony. Jedz sobie na zdrowie, przecież wiesz, że ci nie żałuje.

To mówiąc wyciągnęłam z torebki Prince Polo i podsunęłam przyjaciółce pod nos. Niestety ta tylko spojrzała, rzuciła, że ją mdli i popędziła do łazienki. Wróciła po chwili, przecierając twarz mokrym ręcznikiem.

– Baśka? Nie wydaje ci się to trochę dziwne? – spojrzałam na nią badawczo. – Te zachcianki, wahania nastroju, a teraz jeszcze mdłości?

Baśka oburzyła się głośno, by zaraz potem się zamyślić. Na jej twarzy zobaczyłam wyraźne zaniepokojenie. W takiej sytuacji musiało paść następne pytanie, ale odpowiedz nie była optymistyczna.

– No wiesz, pierwsze pięć razy to tak, ale potem Olivier już nie miał gumek, no i te ostatnie trzy to już bez… – przyznała szczerze.

W tym momencie ogarnęło mnie zdumienie i to wcale nie spowodowane brakiem rozsądku, czy nawet bezmyślnością mojej przyjaciółki. Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl: osiem razy! Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie?! Opamiętałam się jednak patrząc na załamaną Baśkę. Wiedziałam, że muszę ją podtrzymać na duchu, w tej ciężkiej chwili

– Nie przejmuj się. – pogładziłam ją po włosach. – Może ten Olivier nie był zbyt bystry, czy specjalnie przystojny, ale pomyśl,… za to Anglik. Dziecko będzie miało międzynarodowe pochodzenie.

Chyba jej nie pomogłam, bo zaniosła się płaczem. Próbowałam ratować sytuację

– Basiu spokojnie, ty się teraz nie możesz denerwować, bo w cią… – w porę ugryzłam się w język. – Znaczy chciałam powiedzieć, że może nie ma się czym denerwować. Kupię Ci test, zobaczysz pewnie to fałszywy alarm. Musimy tylko poczekać jeszcze kilka dni, żeby to sprawdzić.

Jakoś marnie mi szło to pocieszanie, postanowiłam więc zamilczeć. Baśka najpierw długo płakała trzymając się za brzuch. Mówiła, że już czuje kopanie, ale ja podejrzewam, że to pizza z cytrynowymi galaretkami i czekoladą w proszku dawały ten efekt. W końcu zasnęła na kanapie, a ja przykryłam ją kocem. Wróciłam do pracy, ale moje myśli wciąż krążyły wokół Baśki. Współczułam jej, chociaż podejrzewałam, że za szóstym, siódmym lub ósmym razem Oliver nie miał już za dużo żołnierzyków i zmienne nastroje Baśki to jednak tylko zwykła depresja. Z drugiej strony, nie bez powodu mówi się o kobiecie w ciąży, że jest przy nadziei. Tak czy inaczej będzie dobrze. Na pewno będzie dobrze.

Późnym wieczorem Baśka wciąż spała, a ja przejrzałam moją listę. Następny miał być Radek.  Niewiele myśląc wysłałam mu miłego smsa z Wielkanocymi życzeniami. To naprawdę dobry sposób, bo zawsze mogę udawać, że wysłałam go w kwietniu, a nie październiku i to nie moja wina, że tak długo szedł. W każdym razie życzenia zadziałały. Radek zadzwonił dosłownie pięć minut później.

– Cześć Karolina. – powiedział swoim przyjemnym głosem. – Dziękuję za smsa z życzeniami. Trochę się spóźniłaś, ale to i tak miłe, że o mnie pamiętasz.

– O! Cześć Radek! Jakiego smsa? Nic nie wiem. – udawałam, że nie wiem o co chodzi. – Ostatnio wysyłałam do ciebie smsa… Chyba na święta wielkanocne… Dopiero teraz doszedł?!

– Dziwne. – odpowiedział. – Bo smsy tracą swoją ważność po siedmiu dniach i potem już nie dochodzą.

– Ta… tak?! – wyjąkałam w słuchawkę. – Ja się na tym nie znam…

– To nic, fajnie, że rozmawiamy. Nawet myślałem o tobie ostatnio i… – zawiesił głos w połowie zdania.

– A co myślałeś? – zapytałam słodko.

– Przypomniałem sobie, jak mnie wtedy potraktowałaś. – powiedział szybko. – Ale nie mam pretensji. Już mi przeszło.

No tak. Na śmierć zapomniałam o przebiegu naszego ostatniego spotkania. Zawsze uważałam Radka za kumpla, nikogo więcej, chociaż był czas, kiedy sporo czasu ze sobą spędzaliśmy. Wiedziałam, że Radek coś tam do mnie czuł, ale wtedy nie byłam nim zainteresowana. Ostatnio widzieliśmy się z rok temu. Czekał na mnie z kwiatami pod pracą i chciał mnie zabrać na kolację. Wzięłam kwiaty i powiedziałam, że nie mam czasu, bo lecę do lekarza, chociaż tak naprawdę to śpieszyłam się na wyprzedaże do centrum handlowego. Pech chciał, że dwie godziny później wpadliśmy na siebie w jakimś sklepie. Byłam już nieźle obładowana, a kwiaty… gdzieś zgubiłam. Spojrzał wtedy na mnie strasznie smutnym wzrokiem i odwrócił się bez słowa i odszedł.

– Cieszę się. – udając radość w głosie, chociaż tak naprawdę czułam się paskudnie. – To może… tym razem to ja ciebie zaproszę na kolację?

– Zgoda. – odpowiedział od razu. – W sobotę?

– Świetnie. Wyślę ci smsa, z miejscem i godziną. – powiedziałam już naprawdę radośnie. – Mam ci tyle do opowiedzenia.

– To czekam na smsa. Do zobaczenia. – powiedział i odłożył słuchawkę.

Nie do końca wiedziałam co myśleć o przebiegu naszej rozmowie. Już miałam zacząć się gryźć z myślami, kiedy obudziła się Baśka. Wstała i zaczęła znowu szukać czegoś do jedzenia. Musiałam się nią zająć, co pozwoliło mi przestać martwić się o Radka. Co będzie to będzie. Czas pokaże.

22. Niedojda

Posted in Pamiętnik on 14 października 2009 by Karolina

Środowa aura okazała się wyjątkowo niesprzyjająca pracy. Śnieg i zimno nie nastrajały do zbyt wielkiego wysiłku, więc dzień postanowiłam zacząć od przeglądu nowego numeru Vogue. Przejrzałam parę felietonów i najnowsze propozycje światowych projektantów na jesień. Potem znudzona zajęłam się rodzimym show-biznesem śledząc rewelacje na Pudelku. Oficjalnie tego rodzaju lektura uznana byłaby za poważne faux pas, ale coś musiałam przecież robić.

Około południa poczułam przypływ energii i zdecydowałam się spożytkować go na posprzątanie torebki. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, chciałam zacząć od małej zewnętrznej kieszonki. Niestety, okazało się, że porządkowanie torebki muszę odłożyć na później, ponieważ najpierw musiałam naprawić wygięte zapięcie od kieszonki. Udałam się na poszukiwania śrubokrętu, gdyż pilniczek okazał się zbyt szeroki.

Nie musiałam długo szukać. Już w pokoju obok, w potrzebie poratowała mnie zawartość przybornika stojącego na biurku Pawła. Natknęłam się tam przy okazji na dość ciekawy eksponat, a mianowicie gumkę, na której różnymi stylami było wykaligrafowane imię Karolina i pieczołowicie przyozdobione ornamentem z serduszek. Pomyślałam, że to słodkie i aż zrobiło mi się szkoda, że będę musiała tak brutalnie podeptać uczucie jakie do mnie żywi ten młody człowiek.

Gdy wróciłam do swojego pokoju czekała już tam na mnie Julita. Jedna z tych słodkich żmijek z administracji, które za życiowe osiągnięcie poczytują sobie znalezienie zdolnego do rozrodu samca. Dyskretnie zgarnęłam z biurka zawartość torby i właśnie miałam zapytać na jaką okoliczność mam nieprzyjemność ją gościć, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

Do pokoju nieśmiało weszła młoda, śliczna dziewczyna. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo to była już trzecia pomyłka tego dnia. Piętro niżej w agencji reklamy odbywał się casting, więc sporo kręciło się po budynku takich słodkich laleczek. Zmierzyłam ją wnikliwie i zauważyłam, że o ile dwie poprzednie były ładne, to ta prezentowała się wystrzałowo. Miała piękne blond włosy i ładną buzię, jej króciutka spódniczka, przypominająca raczej przepaskę na biodra odsłaniała superdługie nogi, a dekolt odkrywał pokaźny biust. Pomyślałam nawet, że to młode pokolenie chyba po Czarnobylu jest tak dobrze zbudowane.

– Casting na modelki piętro niżej – odezwałam się zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.

– Ależ nie, nie – odparła zaskoczona. – Ja szukam kolegi, który tutaj pracuje.

Już miałam zapytać o nazwisko kolegi, kiedy usłyszałam potworny łomot z pokoju obok. Wyjrzałam zainteresowana i oczom moim ukazał się Paweł. Pędził jak na złamanie karku i nawet nie zauważył, że zahaczył o kabel od drukarki, a ta spadła z hukiem na ziemię.

– Karolinko, kochanie! – wykrzyczał na pół biura widząc dziewczynę. – Tak tęskniłem, jak dobrze, że już wróciłaś!

Karolina rzuciła mu się na szyję i całowali się namiętnie na oczach wszystkich chyba z minutę, a dokładnie pięćdziesiąt dwie sekundy. Myślałam, że szlag mnie trafi, nie z zazdrości, gdzieżby znowu, ale tak się obściskiwać na oczach tłumu to już przesada! Obserwująca to Julita, na szczęście nie zwróciła uwagi na moją poczerwieniałą ze złości twarz, a przynajmniej tak mi się w pierwszej chwili wydawało.

– Ach ci młodzi…- powiedziała z uśmiecham, a następnie zasyczała. – Ale ty to pewnie już nie pamiętasz jak to jest…

Myślałam, że rozniosę tę iksonogą, złośliwą klępę. Stała z tym swoim głupim uśmiechem i czekała na moją reakcję. Wiedziałam, że muszę się opanować, bo inaczej tak wybuchnę, że do końca życia nie będę mogła pokazać się w firmie ze wstydu. Milczałam zaciskając pięści.

– Ale właśnie! – kontynuowała niewzruszenie. – Przyniosłam ci zaproszenie na imprezę firmową. Paweł nosi je od paru dni i ciągle zapominał ci dać, więc musiałam zrobić to sama. Byłam na niego zła, ale teraz go rozumiem. Zobacz jaki on zakochany…

– Zaproszenie? Na imprezę firmą? – wciąż nie mogłam dojść do siebie, przez co nie docierały do mnie nawet najprostsze komunikaty.

– No tak, na imprezę. Pojedyncze? Nie pomyliłam się prawda? Ty chyba nadal nie masz… hm… osoby towarzyszącej? – zapytała tak zjadliwie, aż poczułam zwierzęcą ochotę, aby przegryźć tętnicę tej lafiryndzie.

Julita położyła na biurku czerwoną kopertę, ale na niej zauważyłam coś jeszcze.

– A co ty mi tu biurko zaśmiecasz?! Jakieś tandetne kwiatuszki znosisz! – krzyknęłam.

– Nie dziękuj. – machnęła ręką. – W barze na dole mają taką promocję, że dają gratis do zestawu śniadaniowego papierowe różyczki, to ci tu czasem przynoszę, żeby ci było trochę mniej smutno.

– Słucham?! – oniemiałam. – Ty? Dla mnie?

Przez chwilę pomyślałam, że jednak ta Julita wcale nie jest taka wredna. Przynosiła mi papierowe różyczki, żeby nie było mi smutno. Miałam ochotę miło jej podziękować, na szczęście ona pierwsza się odezwała.

– Tobie to pewnie bardzo rzadko ktoś robi prezenty… – powiedziała z litością w głosie.

Zagryzłam wargi, żeby się przypadkiem jakoś wulgarnie nie odezwać. Wyrzucałam sobie, że przez moment uwierzyłam w jej empatię. Miałam nadzieję, że zaraz sobie pójdzie, a ja kiedyś znajdę sposób, żeby się na niej odegrać.

– Lecę kochaniutka. – zasyczała wychodząc. – Ja w przeciwieństwie do ciebie mam zawsze pełne ręce roboty.

Miała szczęście, że odpowiednio szybko zamknęła za sobą drzwi, bo gotowa byłam wbić jej ten pawełkowy śrubokręcik w rdzeń kręgowy.

Miałam totalnie dosyć tego zgniłego jesiennego dnia. Zauważyłam z niepokojem, że ostatnio moje życie jest pasmem nieporozumień i porażek. Na szczęście przypomniałam sobie o mojej liście. Znowu do niej wrócę, bo muszę zająć się czymś konkretnym. Czas ucieka, a ja ciągle jestem sama. Pora to zmienić.

Żałowałam tylko, że dokumenty tego gówniarza poszły już do prezesa, ale obciążę go chociaż za dewastację sprzętu biurowego, może nieco mi ulży. Świadomość, że będę musiała znosić tę niedojdę jeszcze przez rok, jeszcze bardziej mnie zdołowała. Liczyłam na Baśkę, że wpadnie do mnie z rosołem, ale ona grzecznie odmówiła. Podejrzewałam, że znowu jest umówiona z tym swoim siedemnastoorgazmowcem, bo koszmarnie błyszczały jej oczy, chociaż mi usiłowała wmówić, że musi umyć okna. Nie jestem taka naiwna. Kto myje okna podczas śnieżycy. Mogłam to sprawdzić, oferując jej pomoc, ale bałam się, że naprawdę może mieć takie plany.

21. Klasyczna historia

Posted in Pamiętnik on 13 października 2009 by Karolina

Kolejny dzień w pracy, za oknem deszczowo i smętnie. Wszyscy poruszali się w zwolnionym tempie i nawet największe plotkary milczały. Nikt nic nie chciał, nikt się nie śpieszył, jedynie nuda zawzięcie pracowała doprowadzając wszystkich do szału. Tuż przed szesnastą umyłam mój ukochany kubek i spakowałem swoje rzeczy szykując się do wyjścia do domu. Niestety, nie dane mi było udać się na zasłużony odpoczynek po naprawdę męczącym dniu. Szanowny pan prezes, choć w tej sytuacji lepiej byłoby go nazwać „stary”, przypomniał sobie nagle o posiedzeniu Rady Nadzorczej. Przysłał Beatę, swoją sekretarkę, po zestawienia sprzedaży.

Często się zdarza, że sekretarki prezesów przejmują cechy swoich szefów, zarówno te dobre, jak i złe, i upodabniają się do nich mentalnie, rzadziej wizualnie. Kiedy sekretarka prezesa przekazuje jego polecenie, zwykle stara się sprawić wrażenie, że to jej decyzja. W przypadku oporu pracownika, natychmiast podpiera się prezesem, co jest ostatecznym i nie do odparcia argumentem. To sekretarka ma stały dostęp do szefa, nie pracownik.

Gdybym chciała określić stopień podobieństwa Beaty do naszego prezesa, w skali od zera do dziesięciu, to musiałbym rozszerzyć skalę przynajmniej do dwudziestu. Ta dziewczyna pracowała u nas zaledwie pół roku, a zachowywała się tak, jakby od lat kierowała całą firmą. Wredna suka.

Raport ze sprzedaży był teoretycznie gotowy, ale przez moje ostatnie perypetie w życiu osobistym, odpuściłam sobie bieżącą aktualizację danych tak, że powstały drobne zaległości. Aby przejść od teoretycznie do praktycznie gotowego raportu trzeba było zostać po godzinach. Mało tego musiałam zwerbować jeszcze kilku ochotników. Natychmiast zaoferowała się Marta, bo i tak zostawała po pracy, bo była umówiona na dwudziestą do kina i nie opłacało się jej wracać do domu. Zadzwoniłam też do Baśki, bo to chyba jedyny człowiek w moim życiu, na którego mogę ostatnio liczyć i poprosiłam również Pawła, który mając do mnie poważną słabość, na pewno by mi nie odmówił.

Rozłożyliśmy się z papierami u mnie w biurze. Każdemu przydzieliłam jego część i wszyscy w ciszy zabraliśmy się do pracy. Atmosferę skupienia przerwało nagle gromkie kichnięcie. Spojrzałam na Pawła i dopiero teraz zauważyłam, że jest przeziębiony.

– Chory jesteś? – zagadnęłam trochę z poczuciem winy, że zostawiłam go po godzinach. – Nie wyglądasz wcale tak źle.

Potwierdził, że to nic poważnego, że w sumie dobrze się czuje, tylko ma katar i dreszcze. To usłyszawszy Marta i Baśka zerwały się niemal równocześnie. Obie zaczęły latać wokół niego i jedna przez drugą prześcigały się proponując, a to herbatkę z cytrynką, a to super środek na przeziębienie, a to okład z piersi… No tego nie proponowały, ale pewnie zaproponowałyby, gdyby miały większe piersi. Cholerne siostry miłosierdzia się znalazły. Lekko poirytowana tym nagłym przejawem zainteresowania stażystą, wymownie spojrzałam na zegarek.

– Zabieramy się do pracy! – stwierdziłam napominająco, mając nadzieję przerwać te ich umizgi. – Nie mam zamiaru tutaj nocować!

Nieoczekiwanie poparła mnie Marta mówiąc, że chciałaby zdążyć do kina. Oczywiście Baśka wyraźnie nie zainteresowana robotą  podjęła temat pytając na co? Marta odparła, że na „Przerwane objęcia”, bo podobno fajny i oczywiście wywiązała się dyskusja.

– E! Jaki on tam fajny! – autorytatywnie orzekła Baśka. –  Ma fatalne recenzje. Podobno jedynym atutem tego filmu jest Penelope Cruz. A swoją drogą trzeba przyznać, że mimo upływu lat ona ciągle nieźle się trzyma, nie sądzicie?

– No i po robocie! – pomyślałam.

– Tak, są kobiety, które wiele zyskują dzięki temu, że są dojrzalsze – nagle ożywił się Paweł.

– Co ty nie powiesz?- prowokacyjnie zaczepiła go Baśka. – Podoba ci się Penelope?

Na to on, że nawet, ale przyznał, że zdecydowanie bardziej woli szczupłe, drobne, długowłose blondynki, najlepiej z piwnymi oczami. Mówiąc to zawiesił się na moment, a ja doskonale wiedziałam dlaczego. Udawałam co prawda, że liczę, ale od razu wyłapałam tę subtelną dygresję. Wzięło go nie na żarty. Cóż, zawsze wiedziałam, że podobam się mężczyznom, ale że nawet takim młodym…

Nie ukrywam, że słowa Pawła mocno poprawiły moje samopoczucie, a on sam wydał się jeszcze przystojniejszy. Z wielkim bólem, ale jednak postanowiłam być niewzruszona.

– O czym jest ten film?- odezwałam się próbując opanować sytuację.

– Wiecie, to taka klasyczna historia. Facet zakochuje się w pięknej kobiecie, ale wydaje mu się, że jest poza jego zasięgiem… – zaczęła opowiadać fabułę Baśka.

– Tak jak w życiu… – wtrącił Paweł ciężko przy tych wzdychając.

– Bo faceci to jełopy! – ostro zawyrokowała Baśka. – Myślą, że kobieta nie jest w ich zasięgu, a zwykle jest dokładnie odwrotnie. Tylko spytać się boją! Gamonie!

Paweł zawstydzony spuścił wzrok, a Marta starając się poprawić atmosferę skwitowała, że nie ma co gadać i trzeba film obejrzeć. Nawet jeżeli ma beznadziejne recenzje, to i tak aktualnie w kinach nic lepszego nie grają. A tak w ogóle to przecież od dawna wiadomo, że nawet największy gniot ma drugie dno, które można zobaczyć, pod warunkiem, że widz spojrzy dalej, poza kiepską fabułę  i jeszcze gorszą grę aktorską.

– Racja! – zgodził się Paweł i po chwili dodał smutno. – Chętnie poszedłbym na ten film, ale niestety nie mam z kim…

Postanowiłam kolejny raz zignorować tę osobistą wycieczkę. Nie da się ukryć jednak, że był słodki w tych swoich delikatnych staraniach. Siedział tuż obok mnie z pudełkiem spinaczy na kolanach i spinał kolejne kartki raportu. Niesamowity facet, nawet w tak prostą czynność wykonywał w tak erotyczny sposób, że nie tylko ja, ale i Baśka z Martą siedziały wpatrzone w jego ładne dłonie…

Musiałam się szybko opanować, żeby nie ulec rosnącemu pożądaniu. Jako dojrzała trzydziestolatka, w dodatku na wyższym stanowisku nie mogłam sobie pozwolić na biurowy romans. Wiedziałam, że będę w przyszłości żałować moich oporów, ale byłam gotowa ponieść tę ofiarę w imię niepisanych zasad, które obowiązywały w miejscu pracy.

– Paweł! – powiedziałam twardo. – Możesz mi podać segregator z półki?

Paweł zerwał się tak gwałtownie, że wysypał całe pudełko zszywaczy wprost pod moje nogi. Zrobił to tak uroczo, że miałam ochotę od razu go przytulić.

– Mały spryciarz – pomyślałam. – Tak uroczo szuka bliskości. Szkoda, że jest taki młody…

Zbierał te drobiazgi ocierając się o mnie niby przypadkiem, a ja bynajmniej nie utrudniałam mu tego. Przez moment, obserwując go, oczyma fantazji zobaczyłam jak płoży się u mych stóp. Chciałam chwycić go za włosy i wcisnąć jego głowę między uda. Chciałam, żeby był całkowicie mi posłuszny! Coraz mocniej narastała we mnie chęć delikatnego rozchylenia nóg, żeby dać mu czytelny sygnał co czuję. Przez chwilę się wahałam i… jednak opamiętałam się w porę. Ciekawe jednak skąd u mnie ta nagła potrzeba dominacji? Czyżby mięli rację w tym wczorajszym artykule? Podobno kobiety po trzydziestce stają się ostrzejsze w łóżku, bo wzrasta im poziom testosteronu. Zastanawiające…

Jakoś nieoczekiwanie przyszło mi do głowy, że może taki młody, śliczny chłopaczek nie byłby złym pomysłem na jedną noc, czy nawet dwie… W końcu jesteśmy dorośli, a ta siedmioletnia różnica wieku jest nawet korzystna, bo oboje spotykamy się w szczycie swoich potrzeb i możliwości seksualnych. Aż uśmiechnęłam się do swoich myśli, ale tylko na chwilę, bo wciąż jednak moja moralność brała górę.

– Nie, nie mogę z nim iść do łóżka! – przekonywałam samą siebie w myślach. – Skoro już jest tak mocno zauroczony, to po jednej nocy ze mną będzie bez pamięci zakochany! Nie mogę mu tego zrobić!

Już w domu sporo o tym myślałam. Czułam, że jako silna i odpowiedzialna kobietą będę musiała mu to zauroczenie wybić z głowy, zanim chłopak całkiem popłynie w to uczucie bez przyszłości. Szkoda mi go, tak się biedak zaangażował… Nie wiem tylko jak mam z nim o tym porozmawiać, ale może jutro coś przyjdzie mi do głowy. Póki co, pozwolę, by jeszcze trochę połechtał moją próżność. Mi też coś się od życia należy! Przynajmniej tyle, skoro nie mogę mieć więcej… To znaczy mogłabym mieć, bo wciąż czuję jego wzrok na swoich piersiach, udach i nie tylko, ale nie chcę. Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?

20. Nieustająco atrakcyjna

Posted in Pamiętnik on 12 października 2009 by Karolina

Poniedziałkowy ranek w pracy zaczął się fatalnie i aż bałam się pomyśleć, czym mnie jeszcze zaskoczy ten dzień. Ponad dwie godziny zajęło mi szukanie po wszystkich działach moich dokumentów, bo nieprzytomny stażysta Paweł kolejny raz nawalił. Okazało się, że zawieruszył je tak skutecznie, że nikt nie miał pojęcia gdzie się podziały. Chłopak może mówić o szczęściu, bo akurat był poza biurem, a tym samym poza moim zasięgiem, bo chyba urwałabym mu… głowę. W końcu teczki oddała portierka, mówiąc, że ktoś zostawił je na kaloryferze w korytarzu.

Na to wszystko Alinka, moja asystentka przyniosła mi stertę papierów do podpisu, a wśród nich już wypisaną, pozytywną opinie dla prezesa odnośnie przedłużenia  Pawełkowi umowy. Normalnie by mnie to nie zdziwiło, bo zwyczajowo się przyjęło, że opinia kierownika działu jest przychylna, a zatrudnienie i tak wymusza polityka kadrowa firmy. W tej sytuacji pomyślałam jednak, że to chyba kpina i odłożyłam papier bez podpisu. To, że ocalił swoje życie, będzie jedynym przejawem jego dzisiejszego farta, robotę na pewno straci – postanowiłam wściekła.

Wkurzona zabrałam się do przeglądania odnalezionych raportów, ale odkrycie jakiego dokonałam przy okazji było o wiele bardziej zajmujące. Natychmiast zadzwoniłam piętro wyżej do Baśki

– Baśka? Tu Karolina.

– No słyszę przecież! Czego chcesz, nie wiesz, że w poniedziałki mam poranną kawę z Marzeną i Lidką?! – powiedziała zła.

– Ale to ważne! Bądź za pięć minut w toalecie na dole!

Baśka próbowała protestować, ale mój ton był na tyle poważny, że się zgodziła. Czekałam w umówionym miejscu. – Wiesz co, myślałam, że to coś naprawdę poważnego – powiedziała z nieukrywaną złością. – Że  poszło ci oczko w rajstopach, albo coś. Nawet wzięłam ci drugą parę.

Mówiąc to rzuciła paczkę rajstop z wyrzutem, a ja bez słowa wręczyłam jej moje znalezisko, czyli wydartą z segregatora kartkę. Baśka popatrzyła na kartkę z niedowierzaniem.

– Chcesz powiedzieć, że wyciągnęłaś mnie z poniedziałkowej kawy, żeby pokazać mi wyniki sprzedaży za kwartał i to z resztą fatalne!

Wyjęłam jej z ręki kartkę i odwróciłam na drugą stronę. Baśka zaczęła czytać, a w miarę upływu czasu jej oczy stawały się coraz większe.

– „Droga Karolino!” – przeczytała początek tekstu z kartki i spojrzała na mnie zdumiona. – To do ciebie?

Zapytałam, czy zna kogoś innego o tym imieniu w biurze. Przypomniała jej się tylko sprzątaczka, ale miała około sześćdziesiątki i dwa srebrne zęby na przedzie, więc siłą rzeczy odpadła. Uprzedzając następne głupie pytanie Baśki wyjaśniłam, że innego Pawła też tu nie ma.

– Nieźle stara! – poklepała mnie z uznaniem po ramieniu. – Ale wiesz… najbardziej podoba mi się ten wątek pościelowy, „…od dłuższego czasu nie mogę się doczekać aż zatopię ręce w twych długich pięknych włosach i będę pieścił twoją szyję delikatnymi pocał…”- Baśka przerwała, bo w połowie zdania zabrałam jej kartkę.

Dopiero w tamtym momencie wszystko zaczęło mi się układać w całość. W zeszłym tygodniu Paweł wchodził kilka razy do mojego pokoju z elegancką czerwoną kopertą w ręku, widocznie nie miał odwagi, żeby mi ją dać. I urocza wykonana z papieru różyczka na moim biurku! Myślałam, że to przypadek, ale to też musiał być on.

– Uuuu! To szykuje nam się biurowy romansik – z wypiekami na twarzy oznajmiła Baśka.

– Oszalałaś chyba! Przecież to podwładny! Wiesz jakie mam zasady, żadnych romansów w pracy. No chyba żeby prezes… ale sama rozumiesz, że to inna liga. – powiedziałam.

Spojrzałam na Baśkę i zobaczyłam w jej oczach: „Ty zdziro”, więc szybko wycofałam się z deklaracji kwitując, że to był żart. Uświadomiłam sobie, że chłopak wszystko zawala, bo stracił dla mnie głowę. Niestety zwyczajnie się zakochał i świata poza mną nie widział, biedak. Jak sobie to uzmysłowiłam to poczułam się za niego nawet odpowiedzialna. Zdecydowałam, że będę musiała z nim porozmawiać, jakoś wytłumaczyć, przemówić do rozsądku. Moje refleksje przerwała Baśka.

– Karola? A nie pochlebia ci to, że taki młody przystojniak się tobą interesuje? – zapytała.

Chciałam zaprzeczyć, ale i tak wiedziałam, że mi nie uwierzy. Postanowiłam więc, że będę szczera.

– Wiesz… uważam, że chyba nie jest ze mną tak źle skoro potrafię w sobie takiego słodziaczka rozkochać  – powiedziałam z lekką dumą w głosie. – I to właściwie nic nie robiąc.

– Racja stara, niezła z ciebie laska! – powiedziała głośno Baśka.

– Tylko nie stara, tylko nie stara! – krzyknęłam z udawaną złością.

-I wiesz jakby się przyjrzeć- zerknęła na moje odbicie w lustrze. – To masz całkiem niezłe cycki.

Machinalnie poprawiłam piersi i w tym momencie z kabiny wyszła sekretarka z biura obok i z dezaprobatą zmierzyła nas wzrokiem. Obie więc, zanosząc się śmiechem, ewakuowałyśmy się z toalety do naszych pokoi.

Muszę przyznać, że ten cały incydent bardzo poprawił mi humor, że o samoocenie nie wspomnę. W ręce wpadł mi kolejny kwiatek z origami. Pomyślałam, że to bardzo sympatyczny gest i nawet rozczuliłam się na moment.

Wychodząc z pracy na biurku sekretarki położyłam podpisaną pozytywną opinię Pawła. Niech ma chłopak szansę, może wróci do formy, jak mu przejdzie to zakochanie. W końcu to nie jego wina, że trudno mi się oprzeć.

W drodze do domu nie opuszczał mnie świetny nastrój i nawet jesienna szaruga i perspektywa czekającej mnie rozmowy wychowawczej ze stażystą nie były w stanie tego popsuć. Postanowiłam wzorem Scarlett O’Hary, że pomyślę o tym jutro.

Nie do wiary, że rano byłam gotowa przekreślić cały ten dzień. Jednak życie wciąż zaskakuje nas czymś nowym, tym razem bardzo pozytywnym.

19. Bieszczadzki trop

Posted in Pamiętnik on 11 października 2009 by Karolina

Niedzielny poranek był straszny. Nie dość, że wstałam dopiero koło południa to w dodatku czekało na mnie ze dwadzieścia smsów od Baśki. Wciąż jest załamana! W tej sytuacji postanowiłam, że niedzielne popołudnie spędzę razem z nią.

Umówiłyśmy się na kawę w malutkiej cukierni w centrum handlowym. Na początku obiecałyśmy sobie, że do wydarzeń z Krakowa nie będziemy na razie wracać.

Oczywiście nie zamierzałam do niczego wracać, ale żałowałam, że Baśka nie pojedzie do Olivera. Z drugiej strony wciąż jednak była w nim zakochana, więc czułam, że mam prawo przeprowadzić moją tajną misję…

Doskonale wiadomo, że nic tak nie usypia czujności mojej przyjaciółki, jak pyszny deser. Padł oczywiście naczelny argument, że jest na diecie, ale jak zwykle długo nie musiałam prosić. Jak ja kocham tę jej niekonsekwencję…

Zasiadłyśmy przy stoliku i już po chwili stała przed nami pyszna beza z kremem polana gorącym sosem malinowym. Baśce, aż zaświeciły się oczy. Już ja doskonale wiem jak ją zmiękczyć. Postanowiłam długo nie zwlekać i kuć żelazo póki gorące.

Zagadnęłam niby przypadkiem, nawiązując do wieczoru panieńskiego Joanny. Baśka oczywiście podjęła temat. Nikt tak nie zbliża dwóch kobiet jak wspólne ploteczki. Objechałyśmy bez skrupułów każdą z zaproszonych dziewczyn. Wymieniłyśmy poglądy na temat ich strojów, bardziej lub mniej gustownych. Potem zatrzymałyśmy się na moment przy pikantnych rewelacjach powierzonych nam nieopatrznie przez dziewczyny. Musiałyśmy komentować chyba trochę zbyt głośno, bo pani za ladą, aż zastygła z otwartymi ustami i chyba z dziesięć minut polerowała tę samą filiżankę.

Gdy na naszych wspólnych przyjaciółkach nie pozostała sucha nitka, przystąpiłam do dalszej części planu.

– Baśka, a pamiętasz jak opowiadałaś o tych swoich wielokrotnych orgazmach – powiedziałam z uśmiechem, może nieco za donośnie.

Słysząc to pani z cukierni tak mocno ścisnęła  kartonik ze śmietanką, że zawartość wystrzeliła strumieniem wysoko do góry. Baśka jakby przez moment się zmieszała, ale szybko opanowała emocje i obojętnie stwierdziła

– Nie, nie możliwe, musiało ci się coś pomylić- powiedziała bawiąc się nerwowo klipsem., a ja doskonale wiedziałam, że kłamie jak z nut.

– Oj nie wygłupiaj się. Przecież wiesz, że nie musisz mieć przede mną tajemnic. Ja przed tobą nie mam.

 Ten argument chociaż nie do końca prawdziwy, zwykle bywał skuteczny.

– Powiesz mi kim on jest?

– A po co ci to, i tak nie znasz. Poza tym i tak go nie ma, wyjechał – ucięła jakby coś przeczuwając.

– Nie ze mną te numery – pomyślałam. – Jeśli uważa, że mnie tak łatwo zbędzie, to się grubo myli!

– Wyjechał? – zapytałam z niedowierzaniem. – A dokąd?

– Noo do… do… Botswany. Wiesz… na akcje humanitarną. Będzie tam kopać studnie. – powiedziała pieczołowicie oblizując łyżeczkę.

– Studnie kopie, ale jak? – zapytałam ze zdziwieniem.

– Noo tak, normalnie… łopatą – powiedziała wpatrzona w jeden punkt, dziwnie unikając mojego spojrzenia.

– To pewnie kiedyś wróci – torturowałam ją już bez skrupułów. – Nie wiesz kiedy?

– Może kiedyś, nie wiem, pewnie za dwa lata.

Musiałabym jej nie znać, żeby się na to nabrać. Żmija jedna… Postanowiłam ją podejść inaczej.

– Baśka, przecież ja się nie chce z nim spotykać, tylko zwyczajnie ciekawa jestem. – zagadnęłam w nadziei, że uda mi się ją pociągnąć za język i w końcu straci czujność. – Powiedz chociaż gdzie to było?

Nie pomyliłam się. Baśka cofnęła się pamięcią i z rozmarzeniem wspominała mała chatkę, gdzieś w Bieszczadach, gdzie utknęli podczas złej pogody. Spędzili tam ponoć całą dobę odcięci od cywilizacji, bez prądu. Nie trudno się domyślić, że musieli się czymś zająć, pod wrażeniem jestem tylko, że aż tak skutecznie. Siedemnaście orgazmów… to naprawdę imponujące.

Pomyślałam od razu, że nic dziwnego, że kiedyś był większy przyrost naturalny. Jednak ludzie pozbawieni zasilania, są zdecydowanie bardziej aktywni seksualnie. I pomyśleć, że elektryczność wszystko zrujnowała. To strasznie krzywdzące…

Z całego opowiadania Baśki udało mi się jednak wyciągnąć kilka istotnych poszlak. Wydedukowałam, że ów kochanek musiał być kolegą z roku i dowiedziałam się, że miał na imię Adrian.

Zaraz po powrocie do domu, korzystając z tylko sobie znanych metod operacyjnych, a konkretnie ze znanego portalu społecznościowego, udało mi w toku śledztwa ustalić, co następuje:

Domniemany kolega Basi to prawdopodobnie Adrian Wiśniewski, były student zarządzania na SGH. Jak najbardziej przebywający na terenie kraju, o czym świadczyło zdjęcie zrobione kilka dni temu na warszawskiej starówce.

Podły kłamczuszek z tej mojej przyjaciółki, całe szczęście, że taki niegroźny. Znam ją przecież jak zły szeląg i marna z niej intrygantka. Zawsze jak kombinuje robi to niesłychanie uroczo, ale zupełnie nieudolnie. Między innym za to ją tak chyba lubię.

Sprawę pod kryptonimem „Siedemnaście mgnień Adriana” traktuję jako rozwojową i zostawiam do dalszego rozpatrzenia.

18. Magiczna różdżka

Posted in Pamiętnik on 10 października 2009 by Karolina

Kiedy, po dniu spędzonym na zwiedzaniu Krakowa popołudniu wpadłyśmy do hotelu, miałyśmy tylko godzinę na przygotowanie się do wyjścia. Aśka i Monika pojechały do siebie, żeby też się przebrać, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że nie mam w co się ubrać. Stałam przed rozbebeszoną walizką i już miałam się rozpłakać ze złości, kiedy nagle Baśka wyszła z łazienki. Znowu nieźle się odstawiła. Dyskretny makijaż podkreślający jej wielkie oczy i mini spódniczka opięta na jej jędrnych pośladkach… Przestraszyłam się swoich myśli. Nie, to nie możliwe…

Owszem, miałam za sobą doświadczenia z kobietami. No dobrze, nie z kobietami, tylko z jedną, a w dodatku byłam  wtedy dosyć mocno zakręcona, ale zapamiętałam tylko, że nie była to moja bajka.

Uspokojona wróciłam do ciuchów i zaczęłam jeszcze raz je przekładać, kiedy podeszła do mnie Baśka.

– Po co chcesz się przebierać? – zapytała bez ogródek. – Wyglądasz bosko w tych jeansach.

– No tak… – zawahałam się. – Ale jak mam pójść nieprzebrana?

Przez moment spodobała mi się sugestia mojej wspaniałej przyjaciółki, ale jednak odrzuciłam ją jako mało realną. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym wyszła imprezę w tych samym ubraniu, w którym byłam w ciągu dnia. Teraz żałowałam, że założyłam te spodnie rano, bo teraz faktycznie poszłabym w nich do klubu. Muszę przyznać, że ta myśl wcale nie poprawiła mi nastroju.

– Wiesz co Karola! – odezwała się po chwili zastanowienia Baśka. – Idź pod prysznic, bo się spóźnimy.

Miała rację. Ona była już gotowa, a ja wciąż jeszcze w proszku. Wskoczyłam pod prysznic i jestem pewna, że nie kąpałam się dłużej niż kwadrans, ale to co zobaczyłam kiedy wyszłam z łazienki totalnie mnie zaskoczyło. Wszystkie moje ubrania leżały znowu równo poukładane w walizce, a na łóżku leżały moje jeansy i bluzka. Oczywiście, nie byłoby nic dziwnego w tym, że leżały sobie tam, gdzie je zostawiłam, gdyby nie fakt, że były idealnie wyprasowane…

– Kie… kie… kiedy zdążyłaś to zrobić? – wyjąkałam. – I skąd wzięłaś żelazko?

– Ma się swoje sposoby. – Baśka uśmiechnęła się tylko. – Ubieraj się szybko, czuję, że dzisiaj dobrze się zabawimy.

Muszę przyznać, że Baśka po raz kolejny dała mi dowód swojej serdeczności. Zamiast zając się sobą, co właściwie nie było konieczne, to ona wolała zadbać o mój komfort podczas zabawy. A ja chciałam poderwać jej tajemniczego faceta od siedemnastu orgazmów. Zdałam sobie sprawę, że to byłoby świństwo i w duchu obiecałam sobie, że będę wobec niej lojalna. Niech ma tam sobie tego super kochanka, nic mi do tego. Nie ważne, że ja też chciałbym chociaż raz coś takiego przeżyć. Nasza przyjaźń jest najważniejsza.

Muszę przyznać, że Kraków zaskoczył mnie liczbą klubów. W dodatku wszędzie była dobra muzyka i towarzystwo. Zaczęłyśmy od „Cienia”, potem przeniosłyśmy się do „Frantica”, a następnie do „Respectu”.    Widać, że Aśka i Monika to stałe bywalczynie, bo wszędzie od razu pojawiały się tabuny ich znajomych panów, próbujących się do nas dołączyć. Zgodnie jednak odrzucałyśmy męskie towarzystwo. W końcu tak rzadko się widujemy, że szkoda tracić czas na facetów. Zaraz chcieliby nas rozdzielić i byłoby po wspólnej imprezie. My wolałyśmy mocne drinki i kobiece rozmowy.

Wszystko jednak zmieniło się, kiedy dotarłyśmy około pierwszej w nocy do „Midgardu”. Miałyśmy szczęście, bo od razu znalazłyśmy stolik. Niestety, tuż obok siedziało czterech facetów przebranych za czarnoksiężników. Jeden z nich, pewnie solenizant, bo wyraźnie wokół niego kręciła się ich zabawa, na czole miał wymalowaną błyskawicę, co miało chyba oznaczać, że jest najważniejszy. Monika zresztą potwierdziła moje przypuszczenia. Z racji posiadania jedenastoletniego siostrzeńca doskonale znała wszystkich idoli nastolatek. Ten z błyskawicą na czole to słynny Harry Potter, a raczej jego pewnie milionowa imitacja. Swoją drogą to ciekawe, że dorośli faceci przebierają się za postać z bajki dla dzieci, ale postanowiłam nie zastanawiać się nad tym. Mogłabym dojść do dość smutnych wniosków.

Kiedy ja rozmyślałam o facecie z pomalowanym czołem, ten wyraźnie myślał o Baśce, a ona wyraźnie to myślenie odwzajemniała. Nie wiedzieć kiedy, zaraz całe to towarzystwo dołączyło się do naszego stolika. Okazali się Anglikami. Mocno podchmieleni bełkotali coś o mieście, z którego pochodzą i co tu robią, ale naprawdę ciężko było ich zrozumieć. Co innego Baśka. Ta, jak zaczarowana wpatrywała się w swojego Harry’ego takim wzrokiem, jakby zaraz miała położyć się na tej kanapie z szeroko rozłożonymi udami. Nie wiem co mogła w nim widzieć, ale musiał ją czymś oczarować. Miałam tylko nadzieję, że nie tą błyskawicą na czole.

Towarzystwo Anglików już po godzinie się nam znudziło i kiedy tylko postanowiłyśmy zniknąć Baśka jakby nagle wyrwała się z letargu i powiedziała, że ona zabiera Olivera, bo tak miał, jak się okazało, Harry na imię i jadą do hotelu.

– Obiecał pokazać mi swoją magiczną różdżkę. – powiedziała puszczając oko. – A ja chętnie się nią pobawię.

Zdążyła tylko rzucić, że chyba się zakochała i żebym przenocowała u Aśki lub Moniki i tyle ją widziałyśmy. Stałyśmy z dziewczynami jak te ofermy, a nasze usta musiały przypominać pyszczki karpi wyciągniętych z wody. Każda z nas zapewne myślała o czymś innym… ja zazdrościłam Baśce zaangażowania, bo samego Olivera za bardzo bym nie chciała. Był taki sobie. Nie wiem co ona w nim widziała.

Nie da się ukryć, że po takim numerze Baśki nie miałyśmy już ochoty na zabawę. Na szczęście Anglicy hurtem poszli do toalety, więc mogłyśmy spokojnie się wymknąć…

Z samego rana, po średnio spokojnej nocy spędzonej na niewygodnej kanapie u Moniki, zostałam obudzona przez telefon od Baśki. Pełnym szczęścia głosem wzywała nas na pomoc. Okazało się, że jej cudowny Oliver nie pamięta w jakim hotelu mieszka i jedyne co kojarzy, to tylko to, że o siedemnastej ma samolot.

Chcąc nie chcąc, zerwałyśmy się z Moniką, żeby ratować jej gamonia, bo przecież tylko skończony gamoń nie pamięta, gdzie się zatrzymał. Kiedy przyjechałyśmy do hotelu najpierw wzięłam szybki prysznic i założyłam świeże ubranie. Od razu poczułam się lepiej i już chciałam prosić Baśkę, żeby się opamiętała i pogoniła swojego gościa z magiczną różdżką, kiedy przypomniałam sobie o wczorajszej obietnicy. Tak, będę ją lojalnie wspierać ją w walce o miłość. Chce tego czarodzieja, to niech go bierze. Nie będę ukrywać, że przy okazji i dla siebie zwietrzyłam w jej miłości interes. Miałam nadzieję, że teraz bez problemu dostanę od niej namiary na siedemnastoorgazmowca.

Po dwóch godzinach jeżdżenia po Krakowie w końcu gamoń rozpoznał swój hotel. Najgorsze było to, że wcześniej trzy razy przejeżdżaliśmy obok tego miejsca, ale wtedy on akurat całował się z Baśką. W hallu spotkałyśmy jego kolegów, którzy mocno zdenerwowani zastanawiali się gdzie go szukać. Chłopcy zachowali się elegancko. Zaprosili nas na śniadanie, gdzie Baśka z Oliverem, a właściwie to tylko Baśka, bo gamoń wciąż bełkotał, opowiedziała o wielkiej miłości jaka ich spotkała. Postanowili być razem i ona wkrótce przyjedzie do swojego Olivera i zamieszkają razem. Ciszę, jaka zapadła po jej oświadczeniu spokojnie można nazwać grobową. Dopiero po dłuższej chwili, William, który okazał się całkiem przystojny, poprosił mnie o rozmową w cztery oczy…

Harry, a raczej Oliver, w niedzielę bierze ślub, a wczoraj to był jego wieczór kawalerski. William oczywiście wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, ale kiedy mnie o to zapytał, to ja najpierw spojrzałam na Olivera, a potem zaprzeczyłam.  Może i istnieje taka miłość, ale w ich przypadku to jednak chyba tylko zamroczenie alkoholowe. William był naprawdę miły, ale nie dałam się wrobić w wyjaśnianie Baśce, że jej ukochany czarodziej bierze za dwa dni ślub z jakąś nudną Angielką.

Muszę przyznać, że w pierwszej chwili Baśka mi naprawdę zaimponowała. Kiedy poznała prawdę wstała i zacisnęła dłonie na krawędzi stołu tak mocno, że aż kostki jej zbielały. Myślałam, że próbuje nad sobą zapanować, ale ona tylko poprawiała chwyt, bo już za chwilę z całej siły pociągnęła obrus w taki sposób, że wszystko co na nim stało znalazło się na kolanach Olivera. Po tym wszystkim odwróciła się bez słowa i wyszła z hotelu, a ja z Moniką pobiegłyśmy za nią. Dopiero w taksówce wpadła w histerię, która trwała całą drogę do naszego hotelu, w hotelu, podczas obiadu i całą podróż z Krakowa do Warszawy.

W domu przygotowałam rosół, który razem z winem nie poprawił jej nastroju, ale przynajmniej pozwolił szybko zasnąć. Dopiero wtedy mogłam odetchnąć. Tak, rycząca kobieta to straszne przeżycie.