Archive for the Pamiętnik Category

28. Szkoda, że to nie lato

Posted in czereśnie, facet, Pamiętnik, praca, prezes, szukam męża on 9 stycznia 2011 by Karolina

Kiedy postanawiałam, że odzyskam pozycję w firmie nie spodziewałam się, że będzie to trudniejsze niż odzyskanie przyjaciółki. Inna sprawa, że odzyskanie przyjaźni Baśki zajęło mi naprawdę niewiele czasu i chyba spodziewałam się równie szybkich efektów w przypadku spraw zawodowych.

Niestety, z powodu częstych wyjazdów z Radkiem jedna żmija z ustami a la przyssawka, wkupiła się w łaski prezesa i następnie podstępnie przejęła moje obowiązki. No dobrze, może nie podstępnie, bo ktoś to musiał robić, ale dlaczego akurat ona? Żmija miała na imię Aneta i zdawałam sobie sprawę, że przez te jej naprawdę seksowne usta nie będzie łatwo wrócić do tego co było. Wszystko przez tych głupich facetów, którzy naprawdę myślą tylko o jednym.

Chyba nie potrafiłabym być mężczyzną. No bo jak można myśleć o niczym? Albo jak można godzinami ślęczeć przed telewizorem oglądając jakiś durny mecz. Nie da się zaprzeczyć oczywiście, że sport może być fascynujący i interesujący. Chociażby sukcesy Justyny Kowalczyk. Nawet ja z dumą oglądam transmisje z jej startów i co ważne, wszystko rozumiem. Najszybsza zawodnicza wygrywa. Tak samo jest z Małyszem. Kto dalej skoczy, ten zostaje zwycięzcą. W przypadku piłki nożnej takie proste to już nie jest. Weźmy na przykład rozgrywki grupowe na mistrzostwach świata. Oglądałam prawie wszystkie mecze z Radkiem i teraz co nieco orientuję się w tych zawiłościach. Więc po pierwsze mecz może zakończyć się remisem, a to znaczy, że nikt nie wygrał. Remisy powoduję, że piłkarze potrafią cieszyć się, że nie przegrali i tego to już nie ogarniam. Wyobraźmy sobie Justynę Kowalczyk, która zajmuje pierwsze miejsce i nie cieszy się ze zwycięstwa, tylko z tego, że nie przegrała.

Wracając jednak do oglądania meczy przez domowych kibiców. Wyobraźcie sobie dziewięćdziesiąt minut gry i do tego piętnaście minut przerwy, podczas których nic się nie dzieje. To znaczy zawodnicy biegają, podają sobie piłki, potem to samo robią ich przeciwnicy i tak na zmianę. Nie pada żadna bramka i mimo to można usłyszeć o taktyce, strategii, o świetnych zagraniach. To prawie tak jakby opowiadać koleżance o świetnym kochanku, który doskonale wiedział gdzie dotknąć, gdzie pocałować, co powiedzieć, ale do orgazmu nie doprowadził. To znaczy siebie doprowadził, bo oni zawsze potrafią skończyć. I co ciekawe, nie byłaby to jego porażka, tylko zwycięstwo lub ewentualnie remis, gdyby jednak okazał się dżentelmenem i też nie skończył.

Wracając jednak do tego, że mężczyźni myślą tylko o jednym, muszę wyjaśnić, że wcale nie chodziło mi o futbol. Dla widoku klęczącej przed nimi kobiety, z ustami jak u Anety, mężczyzni nie tylko zapomną o futbolu. Oni nawet skupią całą swoją uwagę na te kilka minut na kobiecie. Oczywiście pisząc kilka minut podkreślam jedynie mój wrodzony optymizm. Zwykle trwa to o wiele krócej i często bez możliwości szybkiej powtórki. Dlatego chcąc skupić myśli mężczyny na sobie, należy dużo obiecywać, a mało z tego realizować.

I to właśnie robiła Aneta. Podczas narady u prezesa cały czas trzymała w ustach końcówkę ołówka. Kręciła tym językiem na wszystkie strony, jakby chciała z tego ołówka zrobić serpentynę. Jak można się domyślić, wszyscy obecni panowie, łącznie z prezesem patrzyli na to z opadniętymi szczękami. Prezes to nawet ruszał ustami jakby chciał coś powiedzieć, ale podejrzewam, że tylko bezwiednie odwzorowywał ruchy wargi Anety. 

– Aneta, przewiercisz sobie głowę tym ołówkiem, przestań tak nim kręcić – powiedziałam próbując zmusić ją do zaprzestania tych manipulacji.

– Nie mogę, jestem typem oralnym – odpowiedziała udając lekkie zawstydzenie i zaraz dodała, żeby panowie na pewno dobrze zrozumieli. – Lubię czuć, że mam coś w ustach.

Przyznaję, że zagotowało się we mnie. Chciałam to jeszcze jakoś skomentować, ale patrząc na obecnych panów wiedziałam, że nie mam już żadnych szans. Oni o niczym innym już nie myśleli.

Byłam bliska załamania, ale na szczęście przypomniała mi się opowieść jednego z moich dawnych znajomych. Opowiadał o dziewczynie, która potrafiła włożyć sobie do ust czereśnię z ogonkiem i po chwili wyjąć ten ogonek razem z pestką. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby na ogonku nie zawiązywała jednocześnie słupełka. Jak zarzekał się mój znajomy, nie zna faceta, który nie byłby tym zafascynowany. Szkoda, że to styczeń i zdobycie czereśni lub wiśni z ogonkami jest raczej niemożliwe. Z drugiej strony i tak nie potrafię wiązać słupełków językiem, więc będę mieć czas do wakacji, aby potrenować tę przydatną umiejętność, żeby potem załatwić tym Anetę. Oczami wyobraźni widziałam jej głupią minę i ta myśl pomogła mi dotrwać w spokoju do końca narady.

Po zebraniu opowiedziałam wszystko Baście. Ta słusznie zauważyła, że na pewno znaczenie szybciej odzyskam pozycję w firmie i ta wyjątkowa umiejętność nie będzie mi potrzebna podczas narad. Miała oczywiście rację, ale i tak nie zniechęciło mnie to jednak do planów podjęcia ćwiczeń. Nigdy nie wiadomo, czy w jakiejś innej sytuacji taki supełek mi się nie przyda.

A co do pracy… No cóż, pomyślę nad jakąś strategią i od poniedziałku zacznę. Dzisiaj wolę pomarzyć o ogonkach.

Reklamy

27. Nowy Rok

Posted in facet, Nowy Rok, Pamiętnik, podsumowanie, Sylwester, szukam męża on 3 stycznia 2011 by Karolina

Nie rozumiem, skąd u ludzi pojawia się nadzieja, że wraz z Nowym Rokiem odmieni się ich los. Oczywiście wszyscy na pewno zakładają, że na lepsze. Ja osobiście nie dostrzegam niczego w magicznego w dacie pierwszego stycznia i podziwiam tych, którzy mają w sobie tyle wiarę w nadchodzące zmiany. Dla mnie nowy rok to problem z zapamiętaniem cyferek, na końcu daty. Znowu przez dwa czy trzy tygodnie będę musiała się pilnować, żeby wpisywać jedenastkę zamiast dziesiątki na końcu daty. A kiedy do tego przywyknę, to będzie znaczy, że nowy rok, wcale już nie jest nowy.

O wiele większą wagę przywiązywałabym raczej do zmieniających się pór roku. Nowy rok powinniśmy obchodzić raczej wiosną, która potrafi przynieść nadzieję, optymizm, nowe siły i przede wszystkim nowe możliwości. Ale zima? Nie dość, że jest śnieg, mróz i lodowaty wiatr, to w dodatku raptem parę godzin w ciągu doby dociera do nas światło słoneczne. Oczywiście co innego zima w górach. Narty, obcisłe kombinezony, grzane wino i wiele innych atrakcji sprawia, że w górach można pokochać zimę. Ale nie w mieście.

O północy dosyć długo stałyśmy w oknie z kieliszkami szampana w dłoniach i oglądałyśmy rozbłyski sztucznych ogni. Nie wiem o czym myślała Baśka, ale ja próbowałam sobie przypomnieć sylwestera sprzed dziesięciu lat, na przełomie wieków. Wydawało mi się wówczas, że życie w dwudziestym pierwszym wieku będzie podobne raczej do obrazów z filmów science fiction, a nie do dwudziestowiecznej rzeczywistości. A tymczasem poza powstaniem Facebooka nic się nie zmieniło.

Tak na marginesie dodam, że nie mam konta na Facebooku. Kilka dni temu pomyślałam nawet, że się zarejestruję, ale Kasia z administracyjnego powiedziała, że Faceboook jest już passé, więc chyba trochę się spóźniłam.

Wracając jednak do rzeczywistości to, chociaż trudno się do tego przyznać, wciąż mam cichą nadzieję, że poznam wreszcie kogoś sensownego. I tym pesymistyczno-optymistycznym akcentem zaczynam kolejny rok…

26. Zdrada z brzydszą kobietą

Posted in facet, Pamiętnik, szukam męża, wybaczenie, zdrada with tags , , , , , on 31 grudnia 2010 by Karolina

Kiedy dzisiaj rano w pracy spojrzałam na kalendarz wiszący na ścianie coś zrozumiałam. Minął rok, a ja nawet nie mam co wspominać. Byłam z Radkiem w tylu ciekawych miejscach, poznałam wielu ludzi ze świata mody i nie mam co wspominać. Totalna pustka w głowie. Żadnych wizji i obrazów.

Zamyśliłam się i pewnie bym tak siedziała wpatrzona w kalendarz gdyby nie Baśka z dwoma kubkami kawy ze Starbucksa – to taka nasza nowa tradycja. Od wczoraj. W każdym razie widok przyjaciółki uzmysłowił mi, że teraz mam kogo się poradzić. Mam z kim podzielić się radościami lub wątpliwościami i mogę wreszcie cieszyć się spojrzeniem kogoś z boku. Kogoś tak subiektywnego, że aż obiektywnego, czyli zostało już tylko jedno. Nie zwlekając zapytałam Baśkę co o tym myśli. Mówiąc o tym, miałam na myśli tę dziwną pustkę w mojej głowie.

Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się rzeczowej odpowiedzi od Baśki i muszę przyznać, że jej punkt widzenia bardzo mnie zaskoczył.

– To proste – powiedziała. – Robiłaś to z nieodpowiednią osobą. Nie miałaś z kim dzielić swoich radości. Zresztą Radek to…

– Błagam, oszczędź mi wykładów o Radku, ok? – zawarczałam. – Lepiej pochwal się tym swoim siedemnastorgazmowcem. Nadal się z nim spotykasz?

– Zerwałam z nim!

Całe szczęście, że nie przełykałam akurat kawy, bo na pewno bym się zakrztusiła na śmierć, przy okazji zapluwając wszystko i wszystkich dookoła.

– Jak to zerwałaś?! Czyś ty zwariowała?! – bezwiednie zaczęłam krzyczeć. – Jak można zerwać z takim facetem?!

– Ciszej wariatko! – syknęła w odpowiedzi. – Zaraz całe biuro się o tym dowie.

Chcąc nie chcąc, aby ukrócić moje krzyki pełne oburzenia Baśka musiała wszystko opowiedzieć, dosłownie wszystko. Okazało się, że jej siedemnastoorgazmowiec miał jeszcze jedną przyjaciółkę. Jak wykazało śledztwo, czasem spotykał się z nimi tego samego dnia. Swoją drogą to facet musi mieć niezłą kondycję, no i sporo sprytu. W każdym razie Baśka przyłapała go na zdradzie i to jej wystarczyło aby z nim zerwać. Kiedy skończyła swoją opowieść znowu się zamyśliłam. Do tej pory wyobrażałam sobie tego jej czarodzieja jako nieźle zbudowanego, ale bez przesady, mężczyznę z inteligentnym spojrzeniem. W moich wizjach wyglądał jak biznesmen z reklamy wody po goleniu. Teraz , kiedy dowiedziałam się, że facet po upojnym seksie z Baśką nie tylko nie powłóczył nogami, ale potem powtarzał to samo z inną kobietą, widziałam go zupełnie inaczej. Był połączeniem przystojnego pilota najdroższych linii lotnicznych z męskim marynarzem ze szklaneczką burbona w dłoni i to wszystko z mózgiem płci żeńskiej. Musiałam bezwiednie uśmiechnąć się do tej wizji, bo nagle usłyszałam głos Baśki.

– Śmiejesz się ze mnie? – zapytała zaczepnie i zadała kolejne pytanie. – Co ty o tym myślisz?

– Myślę, że… – przez moment wahałam się czy jej to powiedzieć. – Myślę, że gdybyś dała mi wtedy namiary na niego, to przynajmniej dzieliłabyś się z przyjaciółką, a nie jakąś obcą babą.

– Słucham?! – tylko tyle dała radęwychrypieć.

– I w dodatku nie musiałabym tracić czternastu miesięcy na Radka! – znowu prawie krzyczałam. – Nienawidzę cię!

Baśka popatrzyła na mnie przez chwilę z powagą, następnie sprawdziła czy zostało jej jeszcze trochę kawy. Po chwili podniosła kubek do ust.

– Przepraszam. – powiedziała to z kubkiem przy ustach, przez co jej głos zadudnił jakby wpadła do studni. – Najgorsze jest, że ta druga jest bardzo ładna, dużo ładniejsza ode mnie. I wiem, że gdybyś to była ty, to nie byłoby mi tak ciężko.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – tym razem to ja zasyczałam.

– Tylko tyle, że jest mi naprawdę przykro, że zdradzał mnie z ładniejszą ode mnie.

Baśka pochyliła głowę aby ukryć pojawiające się łzy. Zrozumiałam, że znowu okazałam się egoistką. Nie myślałam o niej, tylko o sobie. Czasem chyba naprawdę zachowuję się jak facet i przestaję mysleć głową. Postanowiłam ją pocieszyć.

– Potrafisz sobie wyobrazić, jak tamta druga musiała się czuć wiedząc, że ten twój czarodziej zdradzał ją z brzydszą od niej? – zapytałam czule gładząc dłoń Baśki.

Niestety, nie doczekałam się odpowiedzi. Chociaż nie, odpowiedź była, tyle, że pod postacią spazmatycznego szlochu. Nie ma co, ładnie pocieszyłam przyjaciółkę. Na szczęście mój wzrok znowu padł na kalendarz. 31 grudnia 2010 roku. No tak! Nagle zdałam sobie sprawę, że to dzisiaj jest Sylwester, a ja nie mam żadnych planów!

– Baśka, gdzie wybierasz się na Sylwestra? – zapytałam niewinnie. – Masz jakieś plany?

Baśka znowu mi nic nie odpowiedziała, ale przynajmniej przestała płakać. Znieruchomiała jedynie z miną kameleona, próbującego wtopić się w otoczenie.

– Baśka, co nic nie mówisz? – zrobiłam groźną minę. – Ukrywasz coś przede mną?

– A co mam ukrywać?! Że sama będę siedzieć w domu?! – znowu wybuchła. – Myślisz, że ja mam tysiące zaproszeń jak ty?

– Ale ja też pewnie zostanę w domu. Nie mam gdzie iść.

Baśka rozpromieniała. W jej oczach pojawił się blask i trudno było oprzeć się wrażeniu, że świadomość iż noc sylwestrową spędzę samotnie w domu sprawia jej radość, a może nawet rozkosz. Ta myśl wydała mi się jednak absurdalna, bo przecież ja mojej przyjaciółce aż tak źle bym nie życzyła. Oczywiście co innego w złości, ale to się nie liczy.

– Słuchaj! – krzyknęła nagle Baśka. – Urządźmy razem imprezę. U ciebie w domu.

– U mnie w domu? – wyjęczałam nie zbyt zadowolona.

– Tak! U ciebie! Zrobimy imprezę. Tylko dla singielek! Żadnych facetów! Zaprosimy wszystkie nasze znajome, które są teraz same! Zróbmy szybko listę, to zaraz je obdzwonimy! – Baśka nakręcała się coraz bardziej i muszę przyznać, że i mi zaczął udzielać się jej entuzjazm.

Właczyłam komputer i zabrałyśmy się do przygotowywania listy. Zaczęłyśmy od koleżanek z firmy, bo są pod ręką i łatwo będzie ustalić która co przygotowuje. Po kilku minutach wpisywania imion okazało się, że mamy już piętnaście kandydatek do zaproszenia na imprezę, a przecież dopiero co zaczęłyśmy tworzenie listy. A gdzie reszta znajomych? Nagle przeraziła nas myśl, że wśród kobiet z naszych kręgów, czyli z przedziału 25-35, ponad 70% to singielki. Jeszcze gorsza była myśl, że dotyczy to również nas.

Spojrzałyśmy na siebie i już wiedziałyśmy, że żadnej imprezy nie będzie. Nie damy się zaszufladkować do tych 70%. Nie my! Same powitamy Nowy Rok. Będzie mniej przygotowań i sprzątania po imprezie.

– Wiesz co, to ja kupię program telewizyjny, na pewno znajdziemy coś ciekawego. – zaproponowałam.

– A ja ugotuję rosół. – powiedziała Baśka i dodała w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie. – No gdyby pogorszył się nam nastrój, że jesteśmy same. Tak na wszelki wypadek…

25. To nie było fair.

Posted in facet, Pamiętnik, szukam męża, wybaczenie on 30 grudnia 2010 by Karolina

My kobiety mamy wiele zasad, których staramy się trzymać. Zwykle jednak rezygnujemy z nich, kiedy w naszym życiu pojawia się mężczyzna, którego traktujemy poważnie. Ze mną też tak było. Złamałam jedną z najważniejszych zasad mówiącą, że żaden facet nie jest wart utraty przyjaciółki. Oczywiście inne zasady, te złamane, też wkrótce wrócą do mnie rykoszetem, ale najpierw musiałam zająć się odbudowaniem relacji z Baśką. Zdawałam sobie sprawę, że aby odzyskać przyjaciółkę, będę musiała uzbroić się nie tylko w cierpliwość, ale i delikatność i co tu dużo mówić, również uległość. Oczami wyobraźni zobaczyłam jak Baśka widząc moje starania wykorzystuje mnie w pracy, przeżucając najbardziej pracochłonne prace na mnie. Czułam, że będę musiała nie tylko to znosić, a słowo pokuta nabierze dla mnie realnego wymiaru.

Byłam jednak na to wszystko gotowa! W imię dawnej przyjaźni obiecałam sobie, że nie spocznę, dopóki nie przekonam Baśki, aby dała mi drugą, albo może trzecią… aby po prostu dała mi kolejną szansę. W czasie mojej autoterapii (czyt. TVN Style z ptasim mleczkiem) wmówiłam sobie, że przyjaźń z Baśką jest warta największych poświęceń. A aby poświęcenie było skuteczne, potrzebny jest dobry plan.

Gdybym była facetem, to pewnie poczułabym się niczym Napoleon obmyślający kolejne strategie i warianty zdobywania Baśki. Jeden z pomysłów obejmował nawet płacz i łkanie, ale miałam nadzieję, że do tego jednak nie dojdzie. Na początek przygotowałam tekst z przeprosinami. Uznałam bowiem, że najpierw powinnam Baśkę przeprosić za to, że odkąd Bartek u mnie zamieszkał, to już nigdy nie miałam dla niej nawet kilku minut czasu. Ileż to razy próbowała wyciągnąć mnie na zakupy, do kina lub na nocny wypad do klubu. A ja ciągle powtarzałam jedno zdanie, że mam już inne plany z Bartkiem.

W końcu przestała mi cokolwiek proponować, a mi było to na rękę, bo ile razy można powtarzać tę samą wymówkę… No i wyrzuty sumienia, które wtedy miałam przez te zaproszenia Baśki. A już najgorzej było wtedy, kiedy próbowała mi wręczyć zaproszenie na swoje urodziny, a my z Radkiem akurat mieliśmy iść po kostiumy kąpielowe dla mnie na kolejny wyjazd. Oczywiście skończyło się jak zawsze na kilkugodzinnym pobycie w sklepie fotograficznym, ale Baśka i tak nie powinna wywoływać na mnie takiej presji psychicznej. Pamiętam, że byłam wtedy na nią bardzo zła za chandrę, którą miałam potem przez cały kolejny dzień.

Zaczęłam się nawet zastanawiać czy to właśnie ja powinnam przepraszać. Co ja właściwie jej takiego zrobiłam? Raptem przez jakiś czas nie miałam dla niej czasu i nie poszłam na jej urodziny. Czy to moja wina, że byłam szczęśliwa z Radkiem? No tak, teraz z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że nie tylko nie byłam szczęśliwa, ale wręcz postępowałam wbrew sobie, ale to chyba nie powód, żeby teraz prosić kogokolwiek o wybaczenie. Jakby nie patrzeć to jednak ja poniosłam największe straty, i to zarówno materialne, jak i duchowe.

I wtedy znowu uświadomiłam sobie jak bardzo potrzebuję Baśki. O ile z finansami poradzę sobie sama, to jednak odnowa mojej psychiki wymagało przyjaciółki. Szczególnie takiej, która przynosiła mi rosół na pocieszenie. Właściwie to nawet nie wiem dlaczego rosół? Jak Baśka wpadła na tak absurdalny pomysł, tym bardziej, że to naprawdę pomaga. Muszę ją o to zapytać przy okazji. To kolejny poważny powód aby ją przeprosić.

Następnego dnia rano jadąc autobusem do pracy, z głową pełną tajnych planów odzyskania przyjaciółki, które wybiegały w przyszłość na wiele tygodni wprzód, postanowiłam od razu zabrać się za ich realizację. Przez moment zastanawiałam się, który wariant wybrać na początek, bo wymyśliłam ich aż trzynaście i wtedy mój wzrok zatrzymał się na kawiarnię Coffee Heaven na Nowym Świecie. Już wiedziałam od czego zacznę. Od wyśmienitej kawy, którą z samego rana zaserwuję Baśce. Niebiańskiej piance jeszcze nikt się nie oparł. W ostatniej chwili zdążyłam wyskoczyć z autobusu i stanęłam grzecznie w dosyć długiej kolejce. Kiedy wreszcie trzymałam w dłoniach upragnione kawy, szybko ruszyłam do biura. Te trzy kilometry pokonałam tak szybko, że kubki wciąż były gorące. Wpadłam zdyszana do hallu z windami i nagle zobaczyłam Baśkę, wsiadającą do windy. Zebrałam resztki sił i naprawdę nie wiem jakim cudem, ale zdążyłam.

Miałam szczęście, przynajmniej tak mi się w pierwszej chwili wydawało, bo w windzie byłyśmy same. Nie mogłam jednak złapać oddechu, a w dodatku kiedy podniosłam wzrok zobaczyłam w dłoni coś, co sprawiło, że prawie osunęłam się z nóg. Baśka trzymała wielki kubek z kawą, tyle, że z Starbucks. Na śmierć zapomniałam, że odkąd Strabucks otworzył swoją kawiarnę w Grubej Kaśce, to od tej pory Baśka stała się fanatyczną miłośniczką ich kawy. W dodatku lojalną miłośniczką.

W tej sytuacji mogłam tylko popatrzeć żałośnie na kubki w moich dłoniach i zastanowić się, który z wariantów teraz uruchomić. Z przemyśleń wyrwał mnie dopiero dzwonek zatrzymującej się windy i głos Baśki robiącej krok w moją stronę.

– Przepraszam – powiedziała tak chłodno, że aż kawy ostygły od razu o kilka stopni – chciałabym wysiąść.

– Basiu – wyszeptałam – to ja przepraszam cię za wszystko. Chciałabym, abyśmy znowu były przyjaciółkami, bo bardzo mi tego brakuje. Wybacz mi proszę.

Baśka stanęła w drzwiach windy blokując je i powoli podniosła wzrok na mnie.Patrzyła może dwie, trzy sekundy, które mi wydawały się wiecznością.

– Ok, wybaczam ci – powiedziała nagle uśmiechając się i kiwając głową w stronę kubków zapytała. – Dla kogo niesiesz kawę? Może razem wypijemy?

– Ta druga kawa jest dla ciebie – powiedziałam czerwieniąc się ze wstydu. – Zapomniałam, że pijesz wyłącznie starbucksową. Przepraszam.

– Nie przejmuj się kochanie. – Złapała mnie pod łokieć z pociągnęła za sobą. – To da się naprawić, bo przecież liczą się intencje.

Dalej wszystko potoczyło się naprawdę szybko. Baśka wciągnęła mnie do toalety, zabrała jeden z kubków z kawą i całą jego zawartość wylała do toalety. Postawiła pusty już kubek z Coffee Heaven na umywalce i powoli z kubka Starbucksa przelała kawę. Kropla po kropli. Robiła to z wielkim pietyzmem, a ja dałabym głowę sobie uciąć, żeszpetała przy tym jakąś formułkę błagającą o wybaczenie.

Cały ranek przesiadziałyśmy razem pijąc kawę z dwóch jednakowych kubków Coffee Heaven. Właśnie za to uwielbiam Baśkę. Czasem przywiązuje zbyt wielką wagę do drobiazgów, ale czasem nam kobietom, potrzebne są takie drobne gesty jak jednakowe kubki.

Wieczorem, tuż przed zaśnięciem, wspominałam cały dzień spędzony z Baśką. Był tak intenstywny, jakbyśmy chciała nadrobić ten stracony rok. Najpierw przegadałyśmy cały dzień w pracy, potem poszłyśmy na zakupy, potem do kina, zajrzałyśmy wreszcie do kilku klubów, ale teraz tuż po świętach wszystkie świeciły pustkami. Muszę przyznać, że ten dzień zaliczę na pewno do jednego z najszczęśliwszych w moim życiu i nigdy o nim nie zapomnę. Chociaż jest mały zgrzyt. Mam trochę za złe Baśce, że tak szybko mi wybaczyła. Straciłam całą noc na obmyślanie licznych strategii i wariantów postępowania, a ta od razu wybaczyła mi po pierwszym zdaniu. To nie było fair.

24. Wróciłam…

Posted in facet, Pamiętnik on 27 grudnia 2010 by Karolina

Ostatnie 14 miesięcy to chyba najgorszy okres w moim życiu. A wszystko zaczęło się od wyjazdu z Radkiem w góry na sesję zdjęciową. Oczywiście to nie mi robił zdjęcia. Celem jego obiektywu była cała gromada takich sobie modelek. Było ich tak dużo, że zastanawiałam się, czy Radek nie jest przypadkiem kolejnym gejem w moim życiu, bo na żadną, dosłownie na żadną nie reagował jak typowy mężczyzna. Okazało się jednak, że to nie preferencje seksualne, a miłość do mnie skutecznie broniła go przed wszechobecnymi pokusami. Radek wyznał mi to podczas spaceru nad Morskie oko, a ja chyba po raz pierwszy w życiu, przez prawie godzinę nie wiedziałam co powiedzieć. Chyba każda kobieta przyzna mi rację, jeżeli stwierdzę, że jest to zachowanie, które potrafi nas dowartościować. Przynajmniej w pierwszej chwili…

Po powrocie z gór do Warszawy wszystko potoczyło się jakoś tak wbrew mojej woli. Nie to, żebym się bardzo broniła przed Radkową miłością, ale wydarzenia potoczyły się tak szybko, że zanim zdążyłam się zorientować Radek zamieszkał u mnie. Jego obecność nie nawet mi nie przeszkadzała, tym bardziej, że na początku czułam się w nim zakochana. O wiele większym problem stanowił walający się wszędzie sprzęt fotograficzny. Chociaż, to też aż tak bardzo mi nie przeszkadzało, bo było coś o wiele gorszego. Stałam się, zgodnie z wygłoszonymi z wielką powagą przez Radka słowami, jednocześnie jego muzą, inspiracją i motywacją.

Teraz, po roku bycia taką muzą, dzięki czemu straciłam najlepszą przyjaciółkę, zostałam zdegradowana w pracy, a moje finanse pochłonęła czarna dziura, wiem, że już przenigdy nie dam się wrobić w taką aferę. Oczywiście jak to zwykle z mężczyznami, wszystko zaczęło się niewinnie. Najpierw Radek przekonał mnie, że powinnam uczestniczyć we wszystkich jego sesjach wyjazdowych. No cóż, zgodziłam się na to dosyć szybko, ponieważ zwykle podróżowaliśmy do miejsc, które trudno nazwać zimnymi – Cypr, Wyspy kanaryjskie, Azory itd. Nie da się ukryć, że trochę kolidowało to z moją pracą i po wykorzystaniu całego urlopu wypoczynkowego już w kwietniu musiałam posiłkować się urlopami bezpłatnymi. Trochę to było kłopotliwe, bo po pierwsze szef na to krzywo patrzył, a po drugie za wyjazdy musiałam płacić sama, bo studia mody nie chciały opłacać „konkubiny” Radka…

Nie! To nie ma sensu! Nie będę opowiadać o tym wszystkim, bo to wcale nie pomoga. Od jutra zaczynam nowe życie. Odzyskam przyjaciółkę, pozycję w firmie, podreperuję finanse i… zacznę powoli godzić się z tym, że już nie ma sensownych facetów. Do dzisiaj zastanawiam się tylko nad jedną sprawą. Czy to, co zrobił ze mną Radek wynikało z jego przebiegłości, czy głupoty? Chyba nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Zresztą może nie zawsze warto znać odpowiedzi…

23. Nowa nadzieja

Posted in Pamiętnik on 15 października 2009 by Karolina

Mimo mojego wczorajszego silnego postanowienia powrotu do działań w temacie listy kandydatów, dziś zwyciężyło poczucie obowiązku. W końcu ten jeden jedyny, skoro już tyle czasu gdzieś tam na mnie czekał, to jeden dzień nie zrobi mu istotnej różnicy. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Postanowiłam, że lepiej będzie moją frustrację przełożyć na jakieś konstruktywne działanie. Profesjonalizm przede wszystkim, nie mogę pozwolić żeby moja zła passa miała negatywny wpływ na moje życie zawodowe. Zdecydowałam zatem, że rzucę się w wir pracy i dzisiejszy wieczór w domu przeznaczę na dokończenie archiwizacji. Baśka trapiona chyba wyrzutami sumienia z powodu wczorajszej odmowy zaoferowałam mi pomoc. Niczego nieświadoma zgodziłam się od razu.

Niestety gdy tylko dotarłyśmy do domu okazało się, że Baśka ani myśli zabrać się za liczenie. Praktycznie po przekroczeniu progu mojego mieszkania, włączyła telewizor pod pretekstem sprawdzenia notowań giełdowych. Przy okazji nieszczęśliwie zatrzymała się na Animal Planet gdzie pokazywali program o jakimś robactwie. Ta pasjonująca audycja tak pochłonęła moją przyjaciółkę, że nie była się w stanie skupić na niczym innym, sama więc zabrałam się do pracy.

– A wiedziałaś, że te samce żuków gnojaków, które mają duże rogi, jednocześnie mają bardzo małe narządy płciowe – odezwała się nagle, niczym wyrwana z letargu.

– Baśka przestań, nie widzisz, że próbuję pracować! Dość mam męskich gnojków w moim życiu, co mnie jeszcze obchodzą jakieś tam rogate. Chyba, że ty zamierzasz się związać z jakimś, to proszę bardzo.

– No, ale spójrz. – poprosiła. – Naprawdę to dziwne.

Zerknęłam na telewizor, a moim oczom ukazały się bezwstydnie kopulujące robaki.

– Za dużo seksu w tej telewizji. – powiedziałam ze złością. – Nawet nie ma jeszcze dwudziestej drugiej, a oni takie rzeczy pokazują.

Już dawno zwróciłam uwagę, że praktycznie wszystko w telewizji przesiąknięte jest seksem. Reklamy, seriale, programy edukacyjne, wiadomości. Wszędzie seks. Albo jakaś panienka wciąga kostkę lodu przez słomkę, albo Marek zaczyna romans z Grażyną, albo rozmnażają się robaczki. Ile można? Oczywiście, to zrozumiałe, że świat kręci się wokół prokreacji, ale czy telewizja musi przypominać o tym kobietom, które akurat nie mają z kim uprawiać seksu?

Patrzyłam bezmyślnie w telewizor, zastanawiając się czy chciałabym być na miejscu tej samicy żuka, na szczęście zanim sobie odpowiedziałam na to pytanie, usłyszałam głoś Baśki.

– Patrz, patrz! – krzyknęła z przejęciem, ignorując brak zainteresowania z mojej strony. – To odwrotnie niż u ludzi, bo podobno jak facet ma małe stopy to ptaszka też ma małego.

– Co ty pleciesz?! – zapytałam zdumiona.

– Tak, masz rację, plotę bzdury. – miałam nadzieję, że się uspokoiła, ale nie, ona niewzruszenie ciągnęła temat. – To chyba jednak nie prawda. Taki Michał na przykład, nosił tylko czterdziestkę, a jego penis ma… chyba…

Tego już było za wiele! Chciałam stuknąć Baśkę łokciem w bok, ale ona zerwała się gwałtownie i zaczęła czegoś szukać w moich szufladach. Patrzyłam na nią zaskoczona dochodząc do wniosku, że moja przyjaciółka najzwyczajniej w świecie zwariowała. Nagle Baśka odwróciła się do mnie z wyrazem tryumfu na twarzy trzymając w dłoniach centymetr krawiecki. Końcówkę przyłożyła sobie do podbrzusza i rozciągnęła aż do pępka.

– Dwadzieścia cztery centymetry… – wyszeptała z szacunkiem.

– Nie uwzględniłaś krzywizny. – powiedziałam i dodałam złośliwie widząc jej pytający wzrok. – Brzuch ci odstaje.

– Ale… Michał… właśnie tak ma… – odpowiedziała zawstydzona. – Dwadzieścia cztery centymetry…

– Wiesz co, odbiło ci! – krzyknęłam naprawdę zdenerwowana, bo z każdym jej słowem czułam się coraz bardziej przybita. – Co mnie obchodzą twoi świetnie wyposażeni faceci skoro się nimi nie dzielisz! Myślisz tylko o sobie!

Tego zupełnie nie przewidziałam. Dzięki wybuchowi natychmiast się uspokoiłam, za to Baśka się rozbeczała. Po policzkach poleciały jej nieudawane łzy wielkości zielonego groszku. Szlochając wykrzyczała, że ją cały czas ignoruję, że w ogóle to ona się czuje poważnie zaniedbana, a dziś rano to nawet gołąb narobił jej na nowy płaszcz. Postanowiłam nie szukać logiki w tym co mówi, bo z góry założyłam, że jej tam nie ma. Całą winę za chimery koleżanki zrzuciłam na jesienną depresję i jakoś ją ugłaskałam, dzięki czemu udało się nam wrócić do pracy.

Nie na długo niestety. Zdążyłyśmy przeliczyć dwa zestawienia i już miałam schować je do segregatora, żeby zająć się następnymi, kiedy Baśka stwierdziła, że jest głodna. Niewiele myśląc zabrała się za przetrząsanie moich szafek kuchennych, waląc przy tym potwornie drzwiczkami. Wróciła po chwili z galaretkami cytrynowymi i czekoladą w proszku. Usiadła w bezruchu na kanapie i chyba zamyśliła, o ile to dzisiaj było możliwe. Postanowiłam wykorzystać tę chwilę spokoju i zabrałam się do pracy.

Niestety. To była naprawdę tylko chwila, bo Baśka nagle wyciągnęła telefon i zamówiła pizzę. Po odłożeniu telefonu, znowu zamarła na kanapie, a ja wróciłam do zestawień. Było mi wszystko jedno czy Baśka mi pomoże czy nie.

Myślałam, że uda mi się podgonić opóźnienie, gdy do drzwi zadzwonił dostawca pizzy. To kolejny paradoks. Zawsze, kiedy mi się śpieszy lub zwyczajnie jestem głodna, to na zamówienie czekam godzinę lub dłużej. Dzisiaj trwało to piętnaście minut. Co za ironia losu.

Na widok pizzy Baśka się ożywiła. Zasiadła do uczty przegryzając pepperoni galaretkami i czekoladą wygarnianą z szeleszczącej torebki łyżeczką. Ani na moment nie przestawała przy tym mówić. Z pełnymi ustami nawijała mi o jakimś ślicznym, kloszowym płaszczyku z Galerii Centrum, opisując ze szczegółami każdy guziczek i pliskę. Zupełnie nie zwracała uwagi na to, że mi przeszkadza. Moja wytrzymałość wisiała na włosku, ale wolałam nie ryzykować kolejnego napadu histerii.

W końcu, kiedy zniknął ostatni kawałek pizzy, Baśka poprosiła o kalkulator. Odetchnęłam z ulgą, że w końcu się  zmęczyła i wreszcie zajmie się pracą.

– Tysiąc dwieście pięćdziesiąt sześć. – Baśka ni z tego ni z owego przerwała błogą ciszę

– Co tysiąc dwieście pięćdziesiąt sześć?- zapytałam zdziwiona

– No jak to co, kalorii. – oświadczyła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem i dodała z poczuciem winy w głosie. – Tyle właśnie przed chwilą zjadłam.

Postanowiłam odwrócić jakoś jej uwagę, więc zaczęłam zapewniać, że ma świetną figurę i na pewno to nie zaszkodzi. Po chwili uznałam, że dała się przekonać, bo na moje szczęście znów zabrała się za liczenie.

– Sześć godzin, szesnaście minut i pięć sekund. – ponownie wyrwała się jak Filip z konopi, a ja musiałam mieć strasznie zdziwiony wyraz twarzy, bo od razu wyjaśniła. – No tyle będę musiała uprawiać seks, żeby to spalić.

Lekceważąco machnęłam ręką, ale w głębi duszy ukłuła mnie zazdrość.

– Sześć godzin seksu non stop, kuszące. Szkoda, że nieprędko czegoś takiego doświadczę – pomyślałam ze smutkiem.

Baśka znów chwyciła kalkulator, ale moja nadzieja i tym razem okazała się płonna, ponieważ za moment oświadczyła.

– Tyle czasu to będzie przy założeniu, że facet nie skończy w ustach, bo wtedy to trzeba dodać jakieś… – tu zaczęła rachunki w pamięci i po chwili zwróciła się do mnie. – Karola, jak myślisz? Ile to będzie kalorii?

– Ty masz chyba jakąś obsesję! Opanuj się dziewczyno! Trzeba było się zastanawiać zanim pożarłaś to wszystko! – wybuchłam, bo całkiem puściły mi już nerwy.

Oczy Baśki napłynęły łzami, a ja sama czułam, że przesadziłam.

– Basiuniu, Basieńko, przepraszam – zaczęłam ją przytulać. – Zobacz mam jeszcze batonik orzechowy, twój ulubiony. Jedz sobie na zdrowie, przecież wiesz, że ci nie żałuje.

To mówiąc wyciągnęłam z torebki Prince Polo i podsunęłam przyjaciółce pod nos. Niestety ta tylko spojrzała, rzuciła, że ją mdli i popędziła do łazienki. Wróciła po chwili, przecierając twarz mokrym ręcznikiem.

– Baśka? Nie wydaje ci się to trochę dziwne? – spojrzałam na nią badawczo. – Te zachcianki, wahania nastroju, a teraz jeszcze mdłości?

Baśka oburzyła się głośno, by zaraz potem się zamyślić. Na jej twarzy zobaczyłam wyraźne zaniepokojenie. W takiej sytuacji musiało paść następne pytanie, ale odpowiedz nie była optymistyczna.

– No wiesz, pierwsze pięć razy to tak, ale potem Olivier już nie miał gumek, no i te ostatnie trzy to już bez… – przyznała szczerze.

W tym momencie ogarnęło mnie zdumienie i to wcale nie spowodowane brakiem rozsądku, czy nawet bezmyślnością mojej przyjaciółki. Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl: osiem razy! Gdzie jest sprawiedliwość na tym świecie?! Opamiętałam się jednak patrząc na załamaną Baśkę. Wiedziałam, że muszę ją podtrzymać na duchu, w tej ciężkiej chwili

– Nie przejmuj się. – pogładziłam ją po włosach. – Może ten Olivier nie był zbyt bystry, czy specjalnie przystojny, ale pomyśl,… za to Anglik. Dziecko będzie miało międzynarodowe pochodzenie.

Chyba jej nie pomogłam, bo zaniosła się płaczem. Próbowałam ratować sytuację

– Basiu spokojnie, ty się teraz nie możesz denerwować, bo w cią… – w porę ugryzłam się w język. – Znaczy chciałam powiedzieć, że może nie ma się czym denerwować. Kupię Ci test, zobaczysz pewnie to fałszywy alarm. Musimy tylko poczekać jeszcze kilka dni, żeby to sprawdzić.

Jakoś marnie mi szło to pocieszanie, postanowiłam więc zamilczeć. Baśka najpierw długo płakała trzymając się za brzuch. Mówiła, że już czuje kopanie, ale ja podejrzewam, że to pizza z cytrynowymi galaretkami i czekoladą w proszku dawały ten efekt. W końcu zasnęła na kanapie, a ja przykryłam ją kocem. Wróciłam do pracy, ale moje myśli wciąż krążyły wokół Baśki. Współczułam jej, chociaż podejrzewałam, że za szóstym, siódmym lub ósmym razem Oliver nie miał już za dużo żołnierzyków i zmienne nastroje Baśki to jednak tylko zwykła depresja. Z drugiej strony, nie bez powodu mówi się o kobiecie w ciąży, że jest przy nadziei. Tak czy inaczej będzie dobrze. Na pewno będzie dobrze.

Późnym wieczorem Baśka wciąż spała, a ja przejrzałam moją listę. Następny miał być Radek.  Niewiele myśląc wysłałam mu miłego smsa z Wielkanocymi życzeniami. To naprawdę dobry sposób, bo zawsze mogę udawać, że wysłałam go w kwietniu, a nie październiku i to nie moja wina, że tak długo szedł. W każdym razie życzenia zadziałały. Radek zadzwonił dosłownie pięć minut później.

– Cześć Karolina. – powiedział swoim przyjemnym głosem. – Dziękuję za smsa z życzeniami. Trochę się spóźniłaś, ale to i tak miłe, że o mnie pamiętasz.

– O! Cześć Radek! Jakiego smsa? Nic nie wiem. – udawałam, że nie wiem o co chodzi. – Ostatnio wysyłałam do ciebie smsa… Chyba na święta wielkanocne… Dopiero teraz doszedł?!

– Dziwne. – odpowiedział. – Bo smsy tracą swoją ważność po siedmiu dniach i potem już nie dochodzą.

– Ta… tak?! – wyjąkałam w słuchawkę. – Ja się na tym nie znam…

– To nic, fajnie, że rozmawiamy. Nawet myślałem o tobie ostatnio i… – zawiesił głos w połowie zdania.

– A co myślałeś? – zapytałam słodko.

– Przypomniałem sobie, jak mnie wtedy potraktowałaś. – powiedział szybko. – Ale nie mam pretensji. Już mi przeszło.

No tak. Na śmierć zapomniałam o przebiegu naszego ostatniego spotkania. Zawsze uważałam Radka za kumpla, nikogo więcej, chociaż był czas, kiedy sporo czasu ze sobą spędzaliśmy. Wiedziałam, że Radek coś tam do mnie czuł, ale wtedy nie byłam nim zainteresowana. Ostatnio widzieliśmy się z rok temu. Czekał na mnie z kwiatami pod pracą i chciał mnie zabrać na kolację. Wzięłam kwiaty i powiedziałam, że nie mam czasu, bo lecę do lekarza, chociaż tak naprawdę to śpieszyłam się na wyprzedaże do centrum handlowego. Pech chciał, że dwie godziny później wpadliśmy na siebie w jakimś sklepie. Byłam już nieźle obładowana, a kwiaty… gdzieś zgubiłam. Spojrzał wtedy na mnie strasznie smutnym wzrokiem i odwrócił się bez słowa i odszedł.

– Cieszę się. – udając radość w głosie, chociaż tak naprawdę czułam się paskudnie. – To może… tym razem to ja ciebie zaproszę na kolację?

– Zgoda. – odpowiedział od razu. – W sobotę?

– Świetnie. Wyślę ci smsa, z miejscem i godziną. – powiedziałam już naprawdę radośnie. – Mam ci tyle do opowiedzenia.

– To czekam na smsa. Do zobaczenia. – powiedział i odłożył słuchawkę.

Nie do końca wiedziałam co myśleć o przebiegu naszej rozmowie. Już miałam zacząć się gryźć z myślami, kiedy obudziła się Baśka. Wstała i zaczęła znowu szukać czegoś do jedzenia. Musiałam się nią zająć, co pozwoliło mi przestać martwić się o Radka. Co będzie to będzie. Czas pokaże.

22. Niedojda

Posted in Pamiętnik on 14 października 2009 by Karolina

Środowa aura okazała się wyjątkowo niesprzyjająca pracy. Śnieg i zimno nie nastrajały do zbyt wielkiego wysiłku, więc dzień postanowiłam zacząć od przeglądu nowego numeru Vogue. Przejrzałam parę felietonów i najnowsze propozycje światowych projektantów na jesień. Potem znudzona zajęłam się rodzimym show-biznesem śledząc rewelacje na Pudelku. Oficjalnie tego rodzaju lektura uznana byłaby za poważne faux pas, ale coś musiałam przecież robić.

Około południa poczułam przypływ energii i zdecydowałam się spożytkować go na posprzątanie torebki. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, chciałam zacząć od małej zewnętrznej kieszonki. Niestety, okazało się, że porządkowanie torebki muszę odłożyć na później, ponieważ najpierw musiałam naprawić wygięte zapięcie od kieszonki. Udałam się na poszukiwania śrubokrętu, gdyż pilniczek okazał się zbyt szeroki.

Nie musiałam długo szukać. Już w pokoju obok, w potrzebie poratowała mnie zawartość przybornika stojącego na biurku Pawła. Natknęłam się tam przy okazji na dość ciekawy eksponat, a mianowicie gumkę, na której różnymi stylami było wykaligrafowane imię Karolina i pieczołowicie przyozdobione ornamentem z serduszek. Pomyślałam, że to słodkie i aż zrobiło mi się szkoda, że będę musiała tak brutalnie podeptać uczucie jakie do mnie żywi ten młody człowiek.

Gdy wróciłam do swojego pokoju czekała już tam na mnie Julita. Jedna z tych słodkich żmijek z administracji, które za życiowe osiągnięcie poczytują sobie znalezienie zdolnego do rozrodu samca. Dyskretnie zgarnęłam z biurka zawartość torby i właśnie miałam zapytać na jaką okoliczność mam nieprzyjemność ją gościć, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

Do pokoju nieśmiało weszła młoda, śliczna dziewczyna. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo to była już trzecia pomyłka tego dnia. Piętro niżej w agencji reklamy odbywał się casting, więc sporo kręciło się po budynku takich słodkich laleczek. Zmierzyłam ją wnikliwie i zauważyłam, że o ile dwie poprzednie były ładne, to ta prezentowała się wystrzałowo. Miała piękne blond włosy i ładną buzię, jej króciutka spódniczka, przypominająca raczej przepaskę na biodra odsłaniała superdługie nogi, a dekolt odkrywał pokaźny biust. Pomyślałam nawet, że to młode pokolenie chyba po Czarnobylu jest tak dobrze zbudowane.

– Casting na modelki piętro niżej – odezwałam się zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.

– Ależ nie, nie – odparła zaskoczona. – Ja szukam kolegi, który tutaj pracuje.

Już miałam zapytać o nazwisko kolegi, kiedy usłyszałam potworny łomot z pokoju obok. Wyjrzałam zainteresowana i oczom moim ukazał się Paweł. Pędził jak na złamanie karku i nawet nie zauważył, że zahaczył o kabel od drukarki, a ta spadła z hukiem na ziemię.

– Karolinko, kochanie! – wykrzyczał na pół biura widząc dziewczynę. – Tak tęskniłem, jak dobrze, że już wróciłaś!

Karolina rzuciła mu się na szyję i całowali się namiętnie na oczach wszystkich chyba z minutę, a dokładnie pięćdziesiąt dwie sekundy. Myślałam, że szlag mnie trafi, nie z zazdrości, gdzieżby znowu, ale tak się obściskiwać na oczach tłumu to już przesada! Obserwująca to Julita, na szczęście nie zwróciła uwagi na moją poczerwieniałą ze złości twarz, a przynajmniej tak mi się w pierwszej chwili wydawało.

– Ach ci młodzi…- powiedziała z uśmiecham, a następnie zasyczała. – Ale ty to pewnie już nie pamiętasz jak to jest…

Myślałam, że rozniosę tę iksonogą, złośliwą klępę. Stała z tym swoim głupim uśmiechem i czekała na moją reakcję. Wiedziałam, że muszę się opanować, bo inaczej tak wybuchnę, że do końca życia nie będę mogła pokazać się w firmie ze wstydu. Milczałam zaciskając pięści.

– Ale właśnie! – kontynuowała niewzruszenie. – Przyniosłam ci zaproszenie na imprezę firmową. Paweł nosi je od paru dni i ciągle zapominał ci dać, więc musiałam zrobić to sama. Byłam na niego zła, ale teraz go rozumiem. Zobacz jaki on zakochany…

– Zaproszenie? Na imprezę firmą? – wciąż nie mogłam dojść do siebie, przez co nie docierały do mnie nawet najprostsze komunikaty.

– No tak, na imprezę. Pojedyncze? Nie pomyliłam się prawda? Ty chyba nadal nie masz… hm… osoby towarzyszącej? – zapytała tak zjadliwie, aż poczułam zwierzęcą ochotę, aby przegryźć tętnicę tej lafiryndzie.

Julita położyła na biurku czerwoną kopertę, ale na niej zauważyłam coś jeszcze.

– A co ty mi tu biurko zaśmiecasz?! Jakieś tandetne kwiatuszki znosisz! – krzyknęłam.

– Nie dziękuj. – machnęła ręką. – W barze na dole mają taką promocję, że dają gratis do zestawu śniadaniowego papierowe różyczki, to ci tu czasem przynoszę, żeby ci było trochę mniej smutno.

– Słucham?! – oniemiałam. – Ty? Dla mnie?

Przez chwilę pomyślałam, że jednak ta Julita wcale nie jest taka wredna. Przynosiła mi papierowe różyczki, żeby nie było mi smutno. Miałam ochotę miło jej podziękować, na szczęście ona pierwsza się odezwała.

– Tobie to pewnie bardzo rzadko ktoś robi prezenty… – powiedziała z litością w głosie.

Zagryzłam wargi, żeby się przypadkiem jakoś wulgarnie nie odezwać. Wyrzucałam sobie, że przez moment uwierzyłam w jej empatię. Miałam nadzieję, że zaraz sobie pójdzie, a ja kiedyś znajdę sposób, żeby się na niej odegrać.

– Lecę kochaniutka. – zasyczała wychodząc. – Ja w przeciwieństwie do ciebie mam zawsze pełne ręce roboty.

Miała szczęście, że odpowiednio szybko zamknęła za sobą drzwi, bo gotowa byłam wbić jej ten pawełkowy śrubokręcik w rdzeń kręgowy.

Miałam totalnie dosyć tego zgniłego jesiennego dnia. Zauważyłam z niepokojem, że ostatnio moje życie jest pasmem nieporozumień i porażek. Na szczęście przypomniałam sobie o mojej liście. Znowu do niej wrócę, bo muszę zająć się czymś konkretnym. Czas ucieka, a ja ciągle jestem sama. Pora to zmienić.

Żałowałam tylko, że dokumenty tego gówniarza poszły już do prezesa, ale obciążę go chociaż za dewastację sprzętu biurowego, może nieco mi ulży. Świadomość, że będę musiała znosić tę niedojdę jeszcze przez rok, jeszcze bardziej mnie zdołowała. Liczyłam na Baśkę, że wpadnie do mnie z rosołem, ale ona grzecznie odmówiła. Podejrzewałam, że znowu jest umówiona z tym swoim siedemnastoorgazmowcem, bo koszmarnie błyszczały jej oczy, chociaż mi usiłowała wmówić, że musi umyć okna. Nie jestem taka naiwna. Kto myje okna podczas śnieżycy. Mogłam to sprawdzić, oferując jej pomoc, ale bałam się, że naprawdę może mieć takie plany.