X. Wyjaśnienie

Posted in Pamiętnik on 9 października 2009 by Karolina

Planowałam, że jadąc z Krakowa do Warszawy spokojnie opiszę to, co się tam wydarzyło. Niestety, całą drogę Baśka przeryczała na moim ramieniu. Tak zawodziła, że wszyscy współpasażerowie szybko opuścili przedział i zostałyśmy same. Już w Warszawie postanowiłam zabrać ją do siebie. Ugotowałam rosół, otworzyłam butelkę lewego Chardonnay i włączyłam „Przemineło z wiatrem”.  Naprawdę jej współczułam i doszłam do wniosku, że najpierw muszę zebrać myśli, zanim usiądę do pisania.

Myślę, że sobotni poranek będzie bardziej odpowiedni od piątkowej nocy. Przepraszam…

Pozdrawiam,

Karolina

Reklamy

17. Najpierw obowiązki

Posted in Pamiętnik on 8 października 2009 by Karolina

Poranek był koszmarny. Kiedy wstałam, od razu rzuciłam się do walizki, żeby wyciągnąć niebieską bluzkę pasowaną w talii i lekko przecierane biodrówki, które planowałam założyć na podróż. Oczywiście okazało, że wcale ich nie zapakowałam. Szkoda, że przekonałam się o tym dopiero po wyciągnięciu wszystkiego z walizki. Wściekła na siebie z takim impetem wchodziłam pod prysznic, że aż złamałam sobie paznokieć. Tego było już za wiele. Pomyślałam sobie, że nie tak powinien zacząć się dzień, który ma się zakończyć super imprezą w Krakowie. Stanęłam pod prysznicem z lodowatą wodą, w ramach profilaktyki antycellulitowej, i starając się nie zwracać uwagi na dzwoniące zęby, policzyłam na głos do dziesięciu. Kiedy skończyłam liczyć, spokojnie ustawiłam właściwą temperaturę wody, a po kąpieli i codziennym łazienkowym rytuale zajęłam się złamanym tipsem. Wystarczyła kropla „Kropelki” i paznokieć wyglądał prawie jak nowy. W każdym razie do piątku wytrzyma.

Podróż do Krakowa nie trwała długo. Zaledwie trzy godziny, które przesiedziałyśmy z Baśką w wagonie restauracyjnym, bo w naszym przedziale nie dało się wytrzymać. Jakiś facet postanowił urządzić sobie piknik. Najpierw wyciągnął pół bochenka chleba, butelkę soku pomidorowego i do tego wszystkiego jakąś wędzoną rybę. Na sam widok zrobiło się nam nie dobrze, nie wspominając o zapachu, który wywołał spore poruszenie nie tylko w naszym przedziale, ale i całym wagonie.

W WARS-ie wypiłyśmy po trzy kawy licząc na to, że dzięki temu damy radę funkcjonować do białego rana. Owszem, skutek uboczny w postaci walącego serca nie był zbyt przyjemny, ale czego się nie robi dla dobrej zabawy.

A tak swoją drogą, to w pociągu można spotkać wielu dziwolągów. Pierwszy dziwak to facet z rybą. Drugi to znany z pierwszych stron gazet polityk, który siedział w rogu wagonu i darł się przez komórkę. Krzyczał na kogoś, że ciągle ten ktoś do niego dzwoni, a on chce mieć spokój podczas podróży, bo ma ochotę poczytać książkę. Żadnej książki nie miał, a spokój sam sobie zakłócał ciągłym dzwonieniem do kogoś, na kogo znowu krzyczał, że nie ma spokoju. Kolejnym dziwakiem był przystojny brunet, około trzydziestki, który przez cały czas się nam przyglądał. Wyglądał naprawdę dobrze, więc próbowałam go nieco ośmielić i uśmiechnęłam się dyskretnie patrząc mu prosto w oczy. Niestety, on popatrzył tylko smutno, pokazał mi obrączkę i odwrócił wzrok. To był największy dziwak.

Na dworcu w Krakowie czekała na nas Monika. Miałyśmy drobny problem z moją walizką, która wystawała z bagażnika. Na szczęście jakiś taksówkarz poratował nas kawałkiem sznurka i mogłyśmy przywiązać klapę bagażnika, żeby nie otwierała się podczas jazdy. Po drodze do biura poznałyśmy plan działania. Najpierw szybko podpiszemy raporty dla prezesa, które dziewczyny przygotowały za nas już wczoraj, żebyśmy miały czas dla siebie. Następnie hotel, szybki prysznic i od czternastej ruszamy na miasto. Najpierw zjemy obiad w najbardziej kultowej knajpie w Krakowie, potem połazimy po mieście bez celu i wieczorem zaczniemy zwiedzanie klubów.

Niestety, okazało się, że raporty do niczego się nie nadają. Dziewczyny napracowały się na darmo, bo pracowały na błędnych danych od stażysty, którego polecił nam prezes. Przez tego durnia wszystko nam się opóźni.

– Zabiję gnojka! – wycharczałam ze złości. Dobrze, że kończ mu się umowa, już ja załatwię, żeby prezes mu jej nie przedłużył.

– Przestań Karola. – powiedziała spokojnie Baśka. – Może jest zakochany.

– A fajny ten stażysta? – zapytała Monika na co Baśka przytaknęła. – Karola, to pewnie, że mu odpuść, szkoda chłopaka.

– Właśnie, zaraz poprawimy dane i będzie po sprawie. – dodała Aśka.

– No dobrze, teraz nie będę o tym myśleć, żeby nie psuć sobie humoru. – powiedziałam spokojnie i dodałam ciszej. – Jak wrócę, to się z nim policzę.

Na szczęście okazało się, że wspólnym wysiłkiem poprawiłyśmy wszystkie tabele w niecałe pół godziny i mogłyśmy zacząć realizować nasz plan. Delegacja zapowiadała się naprawdę wspaniale…

16. W jaskini lwa

Posted in Pamiętnik on 7 października 2009 by Karolina

Rano, kiedy tylko się obudziłam, przypomniałam sobie o Wiktorze, co od razu popsuło mi humor. Co prawda w świetle poranka nie czułam już takich wyrzutów sumienia jak wczoraj wieczorem, ale wciąż odczuwałam to jako traumę. Na wszelki wypadek szybko wymknęłam się z domu, żeby przypadkiem go nie spotkać. Myślę, że oboje nie byliśmy jeszcze gotowi, aby spojrzeć sobie w oczy. Widok przyciętego Wiktora towarzyszył mi przez całą drogę z tym, że im bliżej firmy byłam, tym bardziej mnie ta cała sytuacja bawiła. Skończyło się tak, że wchodząc do biura nie czułam żadnych wyrzutów sumienia. Podróż do pracy okazała się bardzo oczyszczająca.

Kiedy weszłam do swojego pokoju Baśka już na mnie czekała. Wyraźnie przygotowała się na spotkanie z prezesem. Obcisła sukienka, mocny makijaż i upięte wysoko włosy. Wyglądała jak modelka, co stwierdziłam bez zbytniego entuzjazmu. Przez mój poranny nastrój ubrałam się schludnie, ale niestety standardowo. Od razu wiedziałam, że Baśką, która wyzywająco ubiera się co najwyżej kilka razy do roku, będzie się zachwycał, a ja będę zbierać gromy. Co ciekawe, kiedy prezes spotykał nas na korytarzu to nigdy nie pamiętał jak Baśka ma na imię, a do mnie podbiegał z daleka, żeby przywitać się z panną Karoliną. Dobrze, niech Baśka ma swoje pięć minut. W sumie te gromy nie są takie straszne i szybko mijają, szczególnie kiedy podciąga się pończochy przez sukienkę. Warto widzieć wtedy minę rozkojarzonego prezesa, który nagle traci wątek.

– Karola, dobrze wyglądam? – przerwała moje rozmyślania Baśka.

– Może być. – odparłam i uśmiechnęłam się serdecznie.

A co miałam jej powiedzieć? Że wygląda bosko? Owszem, jestem jej przyjaciółką, ale nawet przyjaźń ma swoje granice. Tak, była atrakcyjna, ale bardzo rzadko to eksponowała. I dzisiaj właśnie wyglądała perfekcyjnie. Jeżeli ktoś potrafi wyobrazić sobie brunetkę z lekko kręconymi włosami, błękitnymi oczami, zgrabnym noskiem, prześlicznymi ustami, z ładnie zarysowanym biustem i talią wciętą jak u osy to od razu wie, jak wygląda Baśka, kiedy się postara.

Prezes nas zaskoczył. Kiedy weszłyśmy, posadził nas przed sobą i długo mówił o rozwoju firmy w tych szczególnie ciężkich czasach. Wspominał coś o strategii, ale z natury rzeczy wiem, że mężczyźni na wysokich stanowiskach, kiedy nie wiedzą do czego zmierzają, to często powtarzają to słowo klucz. Zwykle nic to nie znaczy i ma jedynie przykryć brak konkretów w wypowiedzi. Tak było i tym razem. Żałowałam, że to mój przełożony, bo musiałam grzecznie wysłuchiwać jego opowieści o przyszłości. Na szczęście dosyć szybko poczułam zmęczenie i pozostałą część jego tyrady spędziłam na pasjonujące walce z sennością, dzięki czemu miałam się czym zająć. A on mówił, mówił i mówił…

Kiedy wreszcie skończył zapytał nas o zdanie. Zwykle natychmiast odsuwam od siebie odpowiedzialność za odpowiedź. Wystarczy wtedy ostentacyjnie przerzucić wzrok na kogoś innego, sugerując w ten sposób przełożonemu, że to właśnie ta osoba powinna pierwsza się wypowiedzieć. Niestety, kiedy odwróciłam głowę w stronę Baśki okazało się, że ta zrobiła to pierwsza.

– Pani Karolino. – zapytał prezes. – Co pani o tym myśli?

– Co ja myślę? – powiedziałam i gorączkowo próbowałam przypomnieć sobie o czym mówił prezes.

– Śmiało, jeżeli ma pani jakieś uwagi, to chętnie ich wysłucham. – powiedział prezes, a ja chciałam zniknąć.

Moje wahanie musiał odczytać jako wątpliwości. Nie da się ukryć, że nieźle się wpakowałam. Musiałam szybko coś wymyślić, bo nie miałam ochoty na polemizowanie z nim, szczególnie, że nie wiedziałam o co chodzi.

– Nie panie, prezesie, nie mam uwag. – odparłam udając, że mówię z rozmysłem. – Uważam, że to dobry pomysł.

– Który? – dopytywał prezes. – Ten o dywersyfikacji czy ten drugi?

– O dywersyfikacji… – odparłam szczęśliwa, że prezes podsunął mi jakąkolwiek odpowiedź.

– Dziwne… – prezes spojrzał na mnie podejrzliwie. – Zawsze ma pani tyle do powiedzenia, a dzisiaj ciężko cokolwiek z pani wydusić.

– Bo pan prezes wszystko co ważne już powiedział. – odpowiedziałam z uśmiechem. – Wykorzystał pan wszystkie sensowne argumenty, więc ja musiałabym się powtarzać, a wiem, że tego pan nie lubi. Konkrety, to się przecież liczy.

– Tak, ma pani rację. – zawyrokował zadowolony prezes odchylając się w swoim fotelu i zakładając ręce na głowę. – To w pani lubię. Błyskotliwość.

– Ja też myślę tak samo. – Baśka próbowała podpiąć się pod mój sukces. – Ja zawsze myślę tak jak Karolina.

– I bardzo dobrze, że się ze mną zgadzacie. Dlatego… – prezes zawiesił głos, żeby podkreślić wagę następnych słów. – Jutro z samego rana pojedziecie do naszego oddziału w Krakowie na dwa dni. Zorientujecie czy możemy wejść na tamten rynek z naszym nowym produktem.

– Ale ja na jutro jestem umówiona u kosmetyczki. – wypaliła Baśka.

– To proszę przełożyć wizytę. – prezes zmarszczył groźnie brwi. – A w ogóle to co mnie to obchodzi?

– A wie pan ile czasu czeka się na wizytę? – odpowiedziała poirytowana Baśka. – Ile?

– Trzy tygodnie! – kontynuowała Baśka. – Ani dnia krócej!

Przez moment miałam wrażenie, że Baśka doprowadzi prezesa do furii, a wtedy zrobiłoby się naprawdę groźnie. Musiała wkroczyć, żeby nie skończyło się to atakiem wściekłości.

– Oczywiście, że pojedziemy, to dla nas żaden problem. – powiedziałam szturchając Baśkę naprawdę mocno.

– To już, do roboty. Wszystkie dane zbierał ten nowy stażysta… jak mu tam? Paweł coś tam. – rzucił wciąż zły i odwrócił się do komputera, dając nam znać, że audiencja skończona.

Po wyjściu od prezesa najpierw musiałam uspokoić Baśkę. Ja rozumiem, że dla każdej kobiety wizyta u kosmetyczki jest naprawdę ważna, ale tym razem trochę przesadziła. Na szczęście szybko przekonałam ją, że delegacja w Krakowie może skończyć się niezłą imprezą. W krakowskim oddziale pracowały dwie świetne dziewczyny – Beata i Monika. Na pewno zadbają o wątek kulturalny.

Wieczorem, znowu przeżyłam traumę, ponieważ okazało się, że ubrania nie mieszczą mi się do walizki. Nie pojadę na dwa dni bez kilku par spodni czy bluzek, nie wspominając o odpowiedniej ilości butów. Kobieta musi być przygotowana na każdą okazję, a ja nie wiem, gdzie dziewczyny nas zabiorą. W końcu ubrania jakoś udało mi się upchnąć, ale okazało się, że nie ma już miejsca na dwie kosmetyczki i prostownicę do włosów. Nie mówiąc o moim ręczniku, bo hotelowych nigdy nie używam. Chciałam usiąść i płakać i nawet parę łez bezsilności uroniłam, ale szybko przypomniałam sobie, że na pawlaczu mam większą walizkę. Tym razem pojawił się kolejny problem, jednak już nie tak poważny jak przy małej walizce. Wystarczyło, że wzięłam trochę więcej ciuchów i walizka ładnie się wypełniła. Po udanym pakowaniu szybko udałam się za zasłużony spoczynek, bo już o szóstej dziesięć odjeżdżał pociąg. Zanim jednak zasnęłam, zdałam sobie sprawę, że ubranie, które chciałabym założyć na podróż też spakowałam. Przez moment chciałam wstać z łóżka i jeszcze raz wszystko przepakować, ale zostawiłam to sobie na rano. Przestawiłam budzik z czwartej rano na trzecią trzydzieści i już nic nie zakłócało mojego spokoju.

15. W potrzasku

Posted in Pamiętnik on 6 października 2009 by Karolina

Wczoraj, kiedy w końcu pojawił się chłopak z restauracji, byłam spóźniona już o jakieś półtorej godziny. Jedzenie wystygło, dlatego naprędce wypakowałam je ze styropianowych pudełek i odgrzałam w mikrofalówce. Aby być bardziej wiarygodną przerzuciłam wszystko do rondla i już zbierałam się do wyjścia, kiedy przypomniałam sobie o winie.

Okazało się, że nie jest to żadne hiszpańskie Chardonnay, tylko jakiś zwykły sikacz kupiony przez Baśkę w osiedlowym sklepie. Były trzy butelki, wydawało nam się, że pod rosół na zasadzie kolorystycznego kontrastu pasuje czerwone, dlatego to jakoś ocalało. Postanowiłam się nie kompromitować i zostawiłam je w domu. Miałam nadzieję, że Wiktor sobie o nim nie przypomni. W razie czego, w drodze na dół, wymyśliłam bajeczkę, że wino pobiło się, jak błądziłam w ciemnościach podczas awarii prądu.

Wiktor musiał czekać na mnie przy drzwiach, bo jak tylko zadzwoniłam od razu je otworzył. Wchodząc wręczyłam mu garnek z potrawą, a on uchylił pokrywkę i powąchał.

– Pachnie wybornie  – pochwalił. – Nie spodziewałem się, że jesteś taką uzdolnioną kucharką.

– To po mamie odziedziczyłam ten talent – skłamałam nieskromnie nawet się nie zająknąwszy.

– Nie na darmo mówi się, że do serca mężczyzny można dotrzeć przez żołądek. Ten który będzie miał szansę zostać twoim mężem będzie wyjątkowym szczęściarzem. – uśmiechnął się wypowiadając te słowa.

– Otóż to – pomyślałam zadowolona. – Wreszcie jakiś bystry facet dotknął istotę rzeczy.

– Takie delicje wymagają wyjątkowej oprawy, zaraz wszystko przygotuję.

Zaproponowałam, że pomogę, ale kazał mi usiąść. Wytłumaczył, że przygotowanie kolacji sprawiło mi pewnie mnóstwo trudu i teraz już on się wszystkim zajmie. W pierwszej chwili chciałam zaprotestować, ale kiedy przypomniałam sobie o przypalonych mulach i zadymionym mieszkaniu usiadłam tylko wygodnie i patrzyłam jak Wiktor uwija się po pokoju.  Błyskawicznie na stole znalazł się wyprasowany obrus, świece i gustowna zastawa, a nawet piękny storczyk. Wiktor nie zapomniał nawet o przybraniu dania.

– Ten facet to chodzący ideał – pomyślałam. – Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć!

– Mam na tę okazję wyjątkowo dobrego szampana- powiedział wyjmując z kubełka oszronioną butelkę.

Zwróciłam uwagę, że wprawnie ją otworzył. Zawsze uważałam, że facet powinien potrafić takie rzeczy. Nie ma nic gorszego niż mężczyzna fatalnie posługujący się na przykład korkociągiem. Za każdym razem wzbudza to moją obawę, że resztą posługuje się równie nieumiejętnie, a ja nie mam litości dla partaczy.

Zaczęliśmy jeść. Muszę przyznać, że estetyczne upodobanie Wiktora również okazało się przydatne. Pod pięknym przybraniem z roszponki i rukoli mogłam ukryć, nie wzbudzając podejrzeń, tak znienawidzone przeze mnie skorupiaki. Mój sąsiad zajadał się natomiast bez opamiętania.

– Wyborne, uwielbiam je. Wiedziałaś, że to świetny afrodyzjak? Casanova podobno spożywał ich aż pięćdziesiąt dziennie. – powiedział tonem znawcy tematu.

– Założę się, że gdyby wiedziały o tym jego wybranki – pomyślałam. – Z pewnością nie oddawałyby się mu tak ochoczo.

Po kolacji Wiktor oświadczył, że ma dla mnie niespodziankę.

– W sobotę zorientowałem się, że jesteś miłośniczką Barry’ego White’a. Mam dla ciebie coś wyjątkowego – powiedział wyraźnie zadowolony z siebie i z wielką dumą pokazał mi płytę. –  Limitowana edycja. Usiądź na sofie, ale dokładnie po środku, dla lepszego odbioru.

Jęknęłam, bo to nie było coś do czego miałam ochotę wracać. Zajęłam jednak miejsce na skórzanej kanapie, która była tak miękka, że wbiłam się prawie do środka. Naprzeciwko zobaczyłam coś, co przypominało wyglądem konsolę statku Enterprise, zapamiętanego przeze mnie ze Star Trek’a. Taka ilość przycisków i wyświetlaczy po prostu mnie zafascynowała. Z drugiej jednak strony, fatalnie musi się to utrzymywać w czystości. Wyobraziłam sobie tysiące odcisków palców na błyszczących przyciskach. Ze zdziwieniem jednak dostrzegłam, że wieża Wiktora była idealnie czysta. Zdumiewające, ale tylko do momentu, kiedy zobaczyłam jak Wiktor zakłada białe rękawiczki i dopiero po tej czynności zajął się obsługą sprzętu.

– Antystatyczne. – odpowiedział wyjaśniająco na moje widocznie szeroko otwarte oczy. – A teraz usiądź sobie wygodnie, zrelaksuj się i zamknij oczy. Puszczę ci coś specjalnego.

Po chwili z głośników wydobył się ciepły, nastrojowy, niski męski głos .

– Ten facet samym tembrem wokalu doprowadzał podobno kobiety do ekstazy, czysta maestria erotycznego soulu. Zapomnij o wszystkim i odpłyń – powiedział głosem, który uznałam za zmysłowy.

Faktycznie dałam się ponieść. Aksamitny głos tak długo mnie kołysał, aż w końcu poczułam ciarki na plecach. Zdawało mi się, że te wibracje rozchodzą się we mnie, aż poczułam je wyraźnie… tam na dole. Wydawało mi się, że zaraz odpłynę, kiedy nagle gdzieś spod siedzenia rozległ się dźwięk muzyki z „Koziołka Matołka”. Poderwałam się przestraszona. Wiktor rzucił się zmieszany na kanapę i po chwili wyciągnął komórkę.

– Jeju!  Musiała mi wypaść, przepraszam, ale mi głupio. Nie gniewaj się proszę, zacznijmy jeszcze raz. – powiedział mocno zawstydzony.

Nie miałam ochoty na powtórkę, ale cóż, czego się nie robi dla przyszłego męża. Wysłuchaliśmy utworu do końca, tym razem niestety już bez wibracji. Kiedy Barry przestał wreszcie uwodzić głosem, Wiktor podszedł do mnie z kieliszkami w dłoniach i wręczył mi jeden z nich.

– Chciałbym zaproponować toast. – ogłosił oficjalnie. – W takiej jednak scenerii możliwy jest tylko jeden: za miłość!

O mało nie zemdlałam z zaskoczenia. Wiedziałam, że działam na facetów, ale zwykle z ich strony było to raczej zwierzęce pożądanie, a tu proszę, wyznanie miłości. I to jakie! Nie było to wyznanie wprost tylko subtelne zasugerowanie uczuć, które do mnie żywił. Wspaniały facet!

Na szczęście dałam radę się opanować i już po chwili rozległ się miły brzęk kryształowych kieliszków. Umoczyłam usta i niby przypadkiem, odrobina szampana ściekła mi po brodzie, popłynęła pomiędzy piersiami, by po chwili wlać się za dekolt. Wiktor odruchowo złapał serwetkę i zaczął wycierać. Nasze spojrzenia się spotkały i w tym momencie odcisnęłam mu na ustach namiętny pocałunek. Niewiele myśląc, wprawnym ruchem wspięłam się na jego kolana i objęłam udami. Jednym pociągnięciem ręki rozpięłam bluzkę i wtuliłam jego głowę między swoje piersi.

– Karolino – wyszeptał oszołomiony. –  Jesteś marzeniem każdego mężczyzny

– Doprawdy? – zamruczałam jak kotka i sięgając do jego rozporka lubieżnie wyszeptałam mu do ucha. – Masz rację, jestem wspaniałą kochanką.

Docisnęłam go do oparcia kanapy, rozpięłam sprawnym ruchem dłoni rozporek…

– Teraz pokaże ci jaką byłabym świetną żoną. – wyszeptałam zmysłowym głosem.

– Żoną!? – zerwał się w popłochu, aż z łomotem zsunęłam się na podłogę.

– Powiedziałam coś nie tak? – wyszeptałam zaskoczona.

– Jak to żoną?! – krzyczał usiłując niezdarnie zapiąć rozporek. -Nigdy!

Słowo nigdy zabrzmiało w jego ustach bardzo stanowczo. Równie stanowczo zasunął nerwowym ruchem suwak i… w tym momencie zobaczyłam na jego twarzy wszystkie kolory tęczy. Ostatecznie pobladł i trzymając się za przyrodzenie osunął się na kanapę. Przerażona, aby ulżyć mu w cierpieniu chwyciłam za kubełek lodu. Było to jednak najbardziej niefortunne rozwiązanie jakie mogłam wymyślić. Wiktor zerwał się ponownie i wydał z siebie coś w rodzaju niemego krzyku, by po chwili znów bezwładnie opaść na sofę.

– Jezu! Żyjesz? – zapytałam, a on tylko pokiwał głową. – Nic ci nie będzie?

– Chyba nie… – wyjęczał.

– To ja już lepiej pójdę. – powiedziałam cicho.

Zabrałam torebkę nie patrząc w stronę Wiktora i spłoszona pognałam po schodach do siebie. Biegnąc zasłaniałam uszy, żeby nie słyszeć jego krzyków. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię i zapewne jeszcze długo przeżywałabym związaną z ostatnimi przeżyciami traumę, gdyby nie mój prezes. Przypomniałam sobie, że mnie i Baśkę wezwał do siebie na jutro na dziewiątą. Resztę wieczoru spędziłam na stresowaniu się jutrzejszym spotkaniem. Ale i tak wolałam to, niż widok Wiktora z przyciętym… Próbowałem nawet dodzwonić się do Baśki, żeby wspólnie zastanowić się nad tym, co może chcieć od nas prezes, ale nie odbierała. O tej porze to pewnie jest gdzieś tak koło dziesiątego orgazmu. Szczęściara.

14. Butelka Chardonnay

Posted in Pamiętnik on 5 października 2009 by Karolina

Dziś rano wychodząc do pracy, przemknęłam ukradkiem na dół. Miałam nadzieję, że po sobotniej imprezie nie spotkam żadnego z sąsiadów. Udało się, chociaż Pawłowska spod siódemki zamykała akurat drzwi, ale przeczekałam na półpiętrze, aż sobie pójdzie.

Powrót z pracy był jednak trudniejszy. Przy wejściu do klatki już z daleka zobaczyłam sąsiada z dołu. Targał jakieś szpargały objuczony jak wielbłąd. Głupio byłoby zamknąć w takiej sytuacji drzwi przed nosem. Przytrzymałam je więc, ciesząc się, że nie muszę przynajmniej patrzeć mu w oczy, bo kartony piętrzyły się ponad poziom jego głowy. Zauważył mnie jednak w ostatniej chwili i zza pakunków przywitał. Skinęłam ręką sugerując, żeby szedł przede mną. Jakoś wydawał się ociągać, więc ruszyłam przodem i niefortunnie oboje zderzyliśmy się, klinując w wejściu. Po chwili szamotaniny, spod pachy sąsiada wysunęła się teczka i zawartość wylądowała na ziemi. Widząc co się dzieje zachwiał się, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

– Jezus, Maria! Niech pani ratuje patefon! – krzyknął.

W ostatniej chwili przytrzymałam największe pudło. Biedny w popłochu i z przerażeniem w oczach, na klęczkach zbierał winylowe płyty, które się wysypały. Oglądał każdą dokładnie i z namaszczeniem pakował z powrotem. Wyglądał tak żałośnie, aż zdecydowałam się mu pomóc, bo przestraszyłam się, że w tym tempie będzie to robił do północy. Po co komu takie starocie w dwudziestym pierwszym wieku? Pozbierałam bez zbędnych ceregieli to co zostało i zaniosłam z nim na górę. Kiedy weszliśmy do jego mieszkania rzuciłam to wszystko jakoś tak od niechcenia na kanapę. Niezręczne milczenie, jakie nastało po lekceważącym potraktowaniu przeze mnie płyt, uzmysłowiło mi, że dopuściłam się zamachu na świętość. Wiktor szybko się jednak odnalazł po mojej gafie i wygłosił wywód jak to odkrywa na nowo stare brzmienie i wraca do korzeni.

– A propos. – powiedział nagle. – Słyszałem, że miała pani gości w sobotę?

Nogi się ugięły pode mną, bo do tej pory miałam płonną nadzieję, że nie było go wtedy w domu.

– Karolina. – Błyskawicznie postanowiłam odciągnąć jego uwagę od sobotniej imprezy.

– Wiktor. – odpowiedział i zaraz dodał. – Jeśli mógłbym pani, to znaczy tobie coś zasugerować… na przyszłość przykręć basy, dźwięk jest wtedy bardziej przestrzenny.

– I tylko tyle po tym co mu zafundowałyśmy? – pomyślałam. – Szok!

Dopiero w kąpieli prawie mnie olśniło. Co za cierpliwy człowiek i w dodatku wolny. Przecież to idealny materiał na męża. Ale kretynka ze mnie, jak ja mogłam to przeoczyć.

Sąsiad z dołu, czyli teraz dla mnie już Wiktor, od zawsze był starym kawalerem, no może nie od dziecka, ale odkąd pamiętam. Rzadko go ktoś odwiedzał, a na pewno nie były to kobiety. Nie miałam jednak pewności, czy coś się nie zmieniło.

Natchnięta potrzebą potwierdzenia jego stanu cywilnego, postanowiłam od razu zejść na dół i sprytnie wybadać sytuację. Potrzebowałam tylko pretekstu. Wymyślałam scenariusze mojej wizyty, aż w końcu zdecydowałam zdać się na jedną z najprostszych metod. Postanowiłam, że pójdę po prostu pożyczyć soli. Wybrałam sól, bo cukier wydawał mi się jednak zbyt banalny.

Kiedy Wiktor otworzył drzwi, najpierw zobaczyłam jego zdziwioną minę, a zaraz potem gest zapraszający mnie do środka. Jego oczy wciąż pytały o powód mojej wizyty, ja jednak postanowiłam najpierw porozsiewać moje feromony po jego mieszkaniu.

– Ładnie urządziłeś swoje mieszkanie – zagadnęłam. – Bardzo męski wystrój… wyraźnie brakuje kobiecej ręki…

– Widzisz Karolino, tak to czasem w życiu bywa… – powiedział zamyślony.

– Aha, jesteśmy w domu –  pomyślałam z satysfakcją i siłą musiałam się powstrzymać, żeby nie zacierać dłoni.

– A jaka to ma być sól?- zapytał nagle Wiktor.

Musiałam mieć bardzo zdziwioną minę, bo całkiem zapomniałam co było fikcyjnym przedmiotem wizyty. Na moje nieszczęście Wiktor był uważnym słuchaczem.

– Selerowa, czosnkowa, ziołowa, morska, kopalna, niejodowana…- wymieniał, a ja oniemiałam, bo do głowy przychodził mi tylko jeden rodzaj soli – biały.

Wiktor musiał zauważył moje zmieszanie, bo zaproponował inne rozwiązanie.

– Powiedz do czego potrzebujesz soli, a ja wybiorę dla ciebie odpowiednią. – powiedział uśmiechając się serdecznie.

Wpadłam w panikę. W poszukiwaniu natchnienia zaczęłam przypominać sobie zawartość mojej lodówki. Była tam jednak tylko butelka wina, musztarda i pół awokado z wczorajszej maseczki.

– Mam butelkę Chardonnay! – Chwyciłam się jak tonący brzytwy i do tego postanowiłam dopasować menu.

– O! A z jakiej winnicy? – znowu z serdecznym uśmiecham zapytał Wiktor.

Kolejny raz poczułam, że wkraczam na niepewny grunt. Na szczęście przypomniałam sobie, że na etykiecie był byk.

– Hiszpańskie- wypaliłam.

– A region?

Wiktor nie mogąc doczekać się odpowiedzi zaczął rzucać nic nie mówiące mi nazwy geograficzne, a ja potulnie skinęłam na odczepnego głową, przy jednej z nich. Wiktor potraktował to jako odpowiedź.

– Tak…- powiedział rozmarzonym głosem – doskonały bukiet, mocno zbudowane, aksamitne, o owocowym smaku z nutką wanilii. Do takiego trunku idealne będą ostrygi, albo łosoś. Najlepsza będzie sól morska, bogatsza w mikroelementy i idealna do skorupiaków.

– Wyjątkowych doznań smakowych zatem życzę. – powiedział wręczając mi woreczek.

Oszołomiona chyba przebiegiem sytuacji, bo nie wiem jak to tłumaczyć inaczej, wypowiedziałam słowa, które mnie samą zaskoczyły.

– A może zechciałbyś mi towarzyszyć podczas kolacji?

– Doskonały pomysł – ucieszył się. – Przyznam, że uwielbiam ostrygi i nie potrafię się im oprzeć.

– Dwudziesta? – zapytałam.

– Tak! Nie! O dwudziestej nie mogę. Oglądam „Kropkę nad i”.

– A długo będziesz to oglądać?

– Na pewno do końca i przyjdę od razu po programie.

– Aha. – stwierdziłam widząc, że Wiktor zakłada, że wiem o czym mówi, a ja nie chciałam wyjść na ignorantkę, nawet jeżeli był to jakiś idiotyczny teleturniej.

Kiedy wróciłam na górę, byłam przez chwilę nawet zadowolona z przebiegu sytuacji. W końcu osiągnęłam to co chciałam. Moja radość trwała jednak niesłychanie krótko. Zdałam sobie bowiem sprawę, że jestem totalnie pozbawiona talentu kulinarnego i nawet „Kuchnia polska”, gwiazdkowy prezent od mamy, na nic się tu nie zda. Łudziłam się, że może Baśka mi pomoże, ale jedyne na co było ją stać, to propozycja zakupu mrożonki, pod nazwą „Paella”, którą kiedyś widziała w reklamie.

Nie mając innego wyjścia udałam się do hipermarketu licząc, że tam coś przyjdzie mi do głowy. Znalazłam nawet, o dziwo, jakieś ohydne mule. Na opakowaniu był przepis, który wydawał się prosty.

Po powrocie zabrałam się za gotowanie, wściekła na siebie, że byle facet jest mnie w stanie zagonić do garów. Rzuciłam wszystko na patelnię i nie mogąc nawet na to patrzeć, poszłam oglądać TVN Style.

Od telewizora oderwał mnie dopiero smród spalenizny. Niestety, nie było co ratować. Przez moment miałam nadzieję, że uda mi się wykorzystać chociaż górną warstwę potrawy, co starczyłaby może na jedną porcję. Sąsiadowi wmówiłabym, że jestem na diecie. Niestety wszystko przywarło na tyle dokładnie, że zawartość wraz z patelnią wylądowała w śmietniku. Mało tego, w mieszkaniu było aż siwo od dymu.

Jeszcze kilka lat temu usiadłabym załamana i jedyne co by mi pozostało to spazmatyczny płacz. Od tego czasu sporo się zmieniło. Teraz mógł mnie przybić złamany paznokieć lub flek zostawiony w jakieś dziurze, ale nie przypalona kolacja. Spojrzałam w lustro, puściłam do siebie oko i zadzwoniłam do Wiktora. Tłumacząc się awarią prądu, skłoniłam go do spotkania u niego. Następnie w ruch poszła też książka telefoniczna. Obdzwoniłam kilka restauracji i udało mi się znaleźć jedną, w której mieli potrawy z ostryg i nawet dostarczali do klienta.

Minęła dwudziesta, a dostawcy z knajpy wciąż nie było. Spóźniał się już prawie godzinę. Znając moje szczęście pewnie okaże się, że pomyli piętra, zapuka  do Wiktora i cały misterny plan szlag trafi. Czy to szukanie męża musi być aż tak wyczerpujące…

13. Róża w ustach

Posted in Pamiętnik on 4 października 2009 by Karolina

Obraz jaki przywitał mnie w niedzielny poranek przypominał scenę z Sodomy i Gomory. Motywem dominującym wczorajszego wieczora był zdecydowanie penis i to, co znajdowało się na podłodze było wybitnym tego odzwierciedleniem. Były tam różowe słomki o tym kształcie, makaron i sztućce przypominające członek, a nawet pilniczek i marakasy z takim elementem. Z równie osobliwych rzeczy znalazła się tam jeszcze plastikowa kula u nogi dla przyszłej panny młodej i oczywiście kajdanki. I pomyśleć, że zapowiadało się tak niepozornie…

Impreza zaczęła się jak zwykła babska posiadówka. Już wkrótce jednak wszystko się zmieniło i wieczór obfitował w wyjątkowe atrakcje. Organizatorka imprezy, przyszła świadkowa, jako kierowniczka całego zamieszania, zadbała byśmy się nie nudziły.

Zaczęło się od tego, że już dobrze zalanemu damskiemu gronu urządziła konkurs na rzeźbę penisa z ogórka. Niestety tu okazało się, że jestem kompletnie pozbawiona zdolności manualnych i mój wytwór przypominał raczej obelisk. Zresztą po Arturze, żaden z ogórków nie wydawał się na tyle okazały, żebym mogła chociaż częściowo poddać się artystycznemu uniesieniu.

Po tym wszystkim Patrycja zaproponowała nam modyfikacje zabawy przyklej ogon osiołkowi. Gdzie za osła, całkiem zasłużenie zresztą, robiła sylwetka faceta, za ogonek wiadomo chyba co. Z dziką rozkoszą, wyładowując ogarniającą mnie ostatnimi czasy frustrację wbijałam pinezkę w model. Wyobrażałam sobie, że to laleczka voodoo, a torturowany to Robert, za to co mi zrobił. Muszę ze wstydem przyznać, że trochę mi ulżyło. Nigdy bym się nie spodziewałam, że tak łatwo można się zemścić na facecie.

Gdy byłyśmy poważnie znieczulone drinkami, powstał pomysł, aby zagrać w „Pytanie czy wyzwanie?”. Już na początku Olka dała upust swojej fantazji. Pierwsze zadanie polegało na zejściu do sąsiada na dole i poproszenie go o przepchanie dyszy. Pijaniutka Joanna tak skrupulatnie zabrała się do wypełniania misji, że waliła do jego drzwi chyba z dziesięć minut. Pragnę wierzyć, że nie było go w domu, w każdym razie szczęśliwie nie otworzył. Dobrze, że już nikt potem przezornie nie odważył się wybierać wyzwań, bo aż boję się pomyśleć jakby się to skończyło.

W zamian za to dowiedziałam się na przykład, że były mąż Anki uwielbiał paradować po sypialni w stroju Heidi z Octoberfest, a najkrótszy stosunek Joanny trwał pięć sekund. Z ciekawostek Kaśka wyznała również, że najdziwniejszym miejscem, w którym uprawiała seks była ambona w lesie. To zabawne, bo każdy, kto nieopatrznie zajął podczas wyjazdu pokój lub, nie daj boże, namiot obok niej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest strasznie głośną kochanką. Wszystkie miałyśmy więc niezły ubaw wyobrażając sobie tę spłoszoną w promieniu dwóch kilometrów zwierzynę. Co zastanawiające przy okazji zabawy Baśka przyznała się do siedemnastu orgazmów pod rząd. Nie ukrywam, że bardzo zaciekawiło mnie to, który z jej partnerów jest dostarczycielem tego rodzaju uciech, a przede wszystkim, dlaczego tak go zazdrośnie skrywała do tej pory. Zgłębię ten temat przy najbliższej okazji.

Fajne jest to, że chociaż wszystkie znamy się od wielu lat, to nadal potrafimy się zaskakiwać. Wystarczy tylko trochę promili. Budujące jest również to, że możemy bawić się bez facetów. Chociaż właściwie nie tak zupełnie. Okazało się bowiem, że najbardziej rozchwytywanym tanecznie partnerem tej nocy była Big John, którego wczoraj zakupiłyśmy z Baśką w sexshopie.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego dziewczyny nadały mu roboczy pseudonim Walduś. Nie znam żadnego Waldusia. Mało tego, nie znam żadnego faceta, który byłby tak dobrze zbudowany. Nie da się ukryć, że Big John vel Walduś od momentu nadmuchania, co brzmi dosyć dwuznacznie, robił prawdziwą furorę. Nic w tym dziwnego, bo w końcu był to wybitnie luksusowy model, wzorowany na jakiejś gwieździe porno. Wyposażony w ssące usta i wibrujący członek o funkcji multispeed, na pewno był o wiele lepszy od przeciętnego mężczyzny. Swoją drogą ciekawe jakby się prezentował na ślubnym kobiercu z tym zdziwionym wyrazem twarzy?

Moje myśli o ślubie z Waldusiem przerwała Gośka, która wcieliła się w rolę DJ’a, katując wszystkich płytą Barry’ego White’a. Puszczała na całą parę każdy kawałek przynajmniej po pięć razy, a niski, głęboki wokal tak rezonował, że aż trzęsły się szyby w oknach.

Impreza zdecydowanie wymknęła się spod kontroli, gdy za namową Baśki całe towarzystwo wyległo na balkon. Moja przyjaciółka kolejny raz udowodniła, że po alkoholu staje się niebezpieczna dla otoczenia. Zapragnęła zabawić się w księżniczkę zamkniętą w wieży. Skłoniła nas żebyśmy wszystkie zdjęły staniki i związały je tworząc linę sięgającą do parteru. Po czym przy dopingu wtórujących koleżanek zaczęła krzyczeć do jakiś facetów na dole, żeby weszli po niej do góry. Szczęśliwie nie było śmiałków…

Gdzieś około czwartej do drzwi zadzwonił dzwonek. Wyleciałyśmy wszystkie do przedpokoju ubrane w różne części przymierzanej wcześniej damskiej bielizny i pookręcane boa z piór, wyposażone w czapeczki oraz trąbki.

W progu stało dwóch mężczyzn w mundurach. Baśka niewiele myśląc wciągnęła jednego za krawat do środka, przekonana, że to stripteaser. Zanim dobrze się zorientował miał już różę w ustach i stał oniemiały na środku pokoju. Rozochocone panie zaczęły ściągać z niego ubranie. Próbował coś powiedzieć, ale bezskutecznie. Zimną krew odzyskał dopiero w momencie kiedy Gośka klęcząc na kolanach próbowała go rozbroić. Drżącym głosem wydukał, że on z interwencją, bo sąsiedzi się skarżyli na hałas.

Róża w ustach

Róża w ustach

 

Momentalnie wszystkie otrzeźwiałyśmy. Aż strach pomyśleć, co by było gdybyśmy zostały oskarżone o czyn lubieżny na przedstawicielu prawa. Przestraszone zaczęłyśmy tłumaczyć sytuacje i dzięki bogu panowie okazali się pobłażliwi i nie pozbawieni poczucia humoru. Pouczyli nas tylko i wyszli, zabierając przy okazji kilka wizytówek, tak na wszelki wypadek chyba.

Tak, przebieg imprezy był naprawdę zaskakujący… Piętnaście pijanych kobiet w jednym mieszkaniu – to musiało się tak skończyć.

12. Black Jack

Posted in Pamiętnik on 3 października 2009 by Karolina

Sobotni poranek był bardzo przyjemny. Najbardziej cieszyłam się, że udało mi się wreszcie pogodzić z Baśką. Jednocześnie jednak stwierdzam, że dwie kobiety i jedna łazienka to potencjalne źródło nieustannych konfliktów. Chociaż było mi bardzo miło, że Baśka została u mnie na noc, to jednocześnie cieszyłam się, że na co dzień mieszkam sama.

Zaraz po śniadaniu wybrałyśmy się po prezent dla Joanny – dmuchanego Kena z sexshopu. Kiedy wczoraj wieczorem Baśka przedstawiła mi swój pomysł, byłam zachwycona. Dzisiaj jednak miałam więcej oporów. Moje obawy dotyczyły przede wszystkim samego miejsca, gdzie zakup miał być dokonany. Nie byłam pewna, czy wystarczy mi odwagi, aby wejść do sklepu i co gorsza oglądać to, co zwykle się tam znajduje, a najbardziej przerażało mnie to, że za ladą będzie stał jakiś napalony facet, przypominający swoim wyglądem Yeti.

W taksówce, kiedy byłyśmy już blisko szeptem, żeby taksówkarz nie usłyszał, przyznałam się Baśce, że nigdy wcześniej nie byłam w sexshopie. Ta spojrzała na mnie z wyrzutem.

– No wiesz co?! – krzyknęła i zaraz dodała. – A twoja szuflada pełna sztucznych penisów?!

Tego najbardziej się obawiałam. Oczywiście taksówkarz natychmiast przestawił lusterko, żeby mnie lepiej widzieć, a ja zaczęłam się zastanawiać czy warto było godzić się z tą wariatką.

– Karola, co noc masz innego faceta, a wstydzisz się wejść do sexshopu? – zapytała, a taksówkarz prawie podskoczył i od tej pory cały czas poprawiał się w fotelu.

– Baśka, proszę cię… – wychrypiałam czując na sobie obleśne spojrzenie kierowcy.

– No dobrze! – odpowiedziała Baśka. – Jak się wstydzisz to ja ci kupię tego dmuchanego Kena.

Baśka nawet nie zdawała sobie sprawy, że tymi słowami o mało nas nie zabiła. Taksówkarz, który jak zahipnotyzowany gapił się w lusterko przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle. Kątem oka zdążyłam tylko zobaczyć wielki przód miejskiego autobusu zbliżający się na nas od mojej strony. Nie wiem jak, ale jakimś cudem zdążył zahamować i nawet nas nie musnął. Nasz taksówkarz nawet nie zauważył tego co się stało. Na szczęście chwilę później dojechałyśmy na miejsce.

Kiedy wysiadłyśmy z taksówki pod sexshopem, miałam wrażenie, że wszyscy się na nas patrzą. Kobieta z wózkiem, mężczyzna z psem, starsza pani z siatką pełną zakupów. Dlaczego akurat właśnie w takiej chwili muszą się kręcić całe tabuny ludzi? W końcu jednak weszłyśmy do środka. Nie było tak źle. Pusto i tylko za ladą siedział jakiś młodych chłopaczek z nosem w laptopie. Mogłyśmy spokojnie pobuszować po sklepie i już po chwili poczułyśmy się jak w domu. Najpierw przeleciałyśmy z akcesoriami „ginekologicznymi”. No cóż, musiałam przyznać, że wybór rozmiarów, kształtów i kolorów był naprawdę imponujący, jednak nie zrobiło to na mnie szczególnego znaczenia. Co innego Baśka. Obserwowałam ją kątem oka i widziałam jak oddech się jej spłycił i przyśpieszył. Była wyraźnie podniecona, chociaż próbowała to maskować. Postanowiłam dodać jej odwagi.

– Który ci się podoba? – zapytałam cicho.

– Ten czarny. Black Jack. – odparła szeptem, a jej policzki spąsowiały. – Ale myślałam, że…

– Co myślałaś?

– Że, że… że będzie większy…

– Większy? – trochę mnie przytkało. – Ale ten jest olbrzymi…

– Nic na to nie poradzę, że od lat o takim marzę!

– Ciszej… – powiedziałam zerkając na sprzedawcę.

– Co ciszej?! – krzyknęła. – Kupię go sobie i dzisiaj wreszcie spełnię swoją fantazję!

– Żartujesz chyba! – tym razem mnie poniosły nerwy. – Dzisiaj przecież znowu u mnie nocujesz, a w moim łóżku tylko ja mam prawo rozkładać nogi!

– To nie będę u ciebie nocować skoro najlepszej przyjaciółce odmawiasz przyjemności!

– Nie odmawiam, ale my bed is my castle!

– Tylko coś fosa płytka, bo każdy facet może łatwo się tam dostać!

– Nie każdy! Ten czarny tam nie wejdzie!

Baśka nagle jedną ręką złapała się za serce a drugą za półkę. Momentalnie zbladła, a jej oczy rozszerzyły się tak bardzo, że bałam się, że wypadną na podłogę. Po chwili je zamknęła jakby zaraz miała zemdleć. Zdałam sobie sprawę, że przesadziłam. Baśka była moją najlepszą przyjaciółką, a ja zachowuję się jak idiotka.

– Basiu, Basieńko, ja się zgadzam na wszystko, tylko nie mdlej. – wyszeptałam błagalnym tonem. – Jeżeli chcesz… to możesz skorzystać z mojej sypialni z tym… z tym… no z tym! Tylko już się nie denerwuj.

– Obiecujesz? – wyszeptała takim głosem, jakby miały to być jej ostatnie w życiu słowa.

– Obiecuję! Wszystko mogę ci obiecać, tylko otwórz już oczy.

Nagle Baśka odzyskała równowagę i siły. Otworzyła oczy, uśmiechnęła się i mocno mnie przytuliła.

– Jesteś wspaniałą przyjaciółką, wiedziałam, że nie pozwolisz mi długo cierpieć.

– Ty udawałaś?! – zapytałam ze złością. – W tej sytuacji się nie liczy.

– Wszystko się liczy! Chcesz, żebym znowu dostała ataku? – zapytała z groźną miną.

Nie chciałam, więc tylko machnęłam ręką i poszłam dalej między półki z czasopismami i filmami. Było tego tak dużo, że samych gatunków, według jakich były ułożone filmy, naliczyłam chyba ponad dziesięć. Nawet trochę żałowałam, że nie jestem tutaj sama, bo wtedy na pewno wybrałabym kilka filmów. Oczywiście wyłącznie dla celów czysto edukacyjnych, a nie po to, żeby… zresztą nieważne.

Ze wstydem przyznaję, że mogłabym w tym sexshopie spędzić wiele godzin. Przez moment miałam wizję, w której sprzedawca prezentuje na mnie wszystkie gadżety… Niestety, kiedy spojrzałam na chłopaka za ladą wizją natychmiast odpłynęła, a szkoda. Teraz żałowałam, że sprzedawca nie wygląda jak wielki, silny Yeti.

Kiedy wreszcie dotarłyśmy do półki z dmuchanymi panami okazało się, że dopiero teraz mamy problem. Nie dość, że nie wiedziałyśmy czy Joanna na sekretnego kochanka wolałaby bruneta czy blondyna, to w dodatku nie miałyśmy pojęcia czy funkcja „Multispeed” oznacza szybszy orgazm? Nie dało się nie zauważyć różnicy w cenie pomiędzy brunetem bez tej funkcji, a blondynem wyposażonym w owo udogodnienie. Po chwili narady z Baśką doszłyśmy do wniosku, że teoretycznie ślub bierze się raz w życiu, więc i zapewne wieczór panieński Joanna będzie miała tylko jeden, a to znaczy, że musimy kupić najlepszego hmmm… pana. Najlepszym, czyli jednocześnie najdroższym, okazał się Big John.

Po godzinie spędzonej w sexshopie byłyśmy już tak odważne, że postanowiłyśmy dokupić jeszcze kilka gadżetów, które ubarwią imprezę. Oczywiście Baśka nie zapomniała o Black Jacku dla siebie. Tak obładowane podeszłyśmy do kasy. Chłopak zza lady ze stoickim spokojem podliczał nas rachunek, a ja obiecałam sobie, że będę się dzielnie trzymać. Nie wytrzymałam jednak przy lateksowej masce na twarz, którą wybrała Baśka.

– To nie dla nas, to na wieczór panieński. – powiedziałam wyjaśniająco.

– Wiem, od razu widać. – odpowiedział lekceważąco.

– Jak to widać?! Że co, że niby nie mogłybyśmy być razem?! – nie próbowałam nawet ukryć irytacji.

– Właśnie, co ty chłopcze sugerujesz? Uważasz, że nie stać byłoby mnie na taką laskę? – zaczepnie zapytała Baśka.

– Hmmm… przepraszam, że źle panie oceniłem. – powiedział przymilnie chłopak i zaraz dodał. – Mamy specjalną okazję dla par homoseksualnych…

– Nie jesteśmy homoseksualistami tylko lesbijkami! – Baśka trochę za bardzo wczuła się w rolę, ale po chwili zrozumiałam do czego zmierza. – Co to za okazja?

– Świecące kajdanki. – wypowiadając te słowa wyciągnął kajdanki spod lady. – Można się nimi bawić nawet przy zgaszonym świetle. Świetny gadżet dla znudzonych sobą pań…

– Bierzemy! – zdecydowałam, bo miałam już dosyć tej dyskusji. – Spóźnię się do fryzjera!

– To jako prezent od firmy dorzucę paniom zestaw do reperowania pompowanych lalek miłości. W zestawie są 3 winylowe łatki oraz tubka kleju.

Szybko opuściłyśmy sklep obładowane reklamówkami i zaczęłyśmy rozglądać się za taksówką. Znowu miałam wrażenie, że wszyscy się na nas gapią. Całe szczęście, że reklamówki były po prostu białe, bez żadnych napisów. Inna sprawa, że skoro nie było na nich żadnego napisu, to trudno je nazywać reklamówkami. Z drugiej strony nazywanie foliowej siatki foliową siatką byłoby takie nie pasujące do zakupów. Można powiedzieć, że wypchana foliowa siatka psułaby smak zakupów, co zdecydowanie nie jest pożądanym efektem dla kobiet uzależnionych od shoppingu.

Kiedy dotarłyśmy do Adama ten już czekał, ale wciąż miał obrażoną minę. Wiedziałam, że jeżeli szybko czegoś nie powiem, to jeszcze długo będzie się tak dąsać. Intensywnie zastanawiałam się, bo pierwsze zdanie jest zawsze najważniejsze w takiej sytuacji. Już myślałam, że będę tak milczeć jak idiotka bez końca, kiedy nagle odezwała się Baśka.

– Karola, to jest właśnie boski pan Adam, o którym mi tyle opowiadałaś?

– Dla przyjaciół Adaś. – powiedział Adam wyciągając dłoń w stronę Baśki. – A co jeszcze o mnie mówiła ta… ta… niedobra dziewczyna?

– Och, same dobre rzeczy. Podobno jest pan najgenialniejszym fryzjerem w Warszawie. – słodko powiedziała Baśka. – Cieszę się, że w końcu ta… niedobra dziewczyna mnie tutaj zabrała.

– Dobrze, to najpierw zajmę się tobą…

– Basiu…

– Tak, tobą Basiu, a niedobra dziewczyna sobie poczeka…

Adam ostentacyjnie wziął Baśkę pod rękę i poprowadził na fotel, a ja zastanawiałam się, w jaki sposób się jej odwdzięczyć. Gdyby nie ona to moje godzenie się z Adamem trwałoby jeszcze długo, a tak mam to z głowy. Muszę przyznać, że Baśka czasem naprawdę mnie zaskakuje. Zrobiło mi się ciepło koło serca, że w tym święcie, pełnym beznadziejnych mężczyzn, mam przyjaciółkę, która jest w stanie dać mi oparcie w najgorszych momentach.

Jak tylko Adam nas uczesze, zjemy obiad na mieście, a potem pędzimy szykować mieszkanie na wieczór panieński. Bardzo się cieszyłam na ten wieczór, tym bardziej, że będzie przy mnie moja wspaniała przyjaciółka. I wcale nie przeszkadza mi, że w tej chwili myśli tylko o Black Jacku i co z nim zrobi u mnie w domu.